Z Korony wyrzucano mnie dwukrotnie. Bez podziękowań. Ważniejszy był sprzęt, niż człowiek

Jest sztandarowym przykładem tego, jak przez lata w Koronie traktowano legendy, które oddały klubowi całe serce. Cezary Ruszkowski, piłkarz, a potem trener, którego nie trzeba przedstawiać prawdziwym sympatykom żółto-czerwonego klubu. Nieustępliwy na boisku, tym razem nie przebierał w słowach.

Z kieleckim klubem byłeś związany przez dużą cześć swojego dorosłego życia. Jak teraz patrzy się na Koronę z większego dystansu?

– Byłem oddany temu klubowi niemalże 20 lat. Byłem z tą drużyną na dobre i na złe, przeżyłem dwa spadki z II ligi i jeden awans do II ligi. Najpierw 9 lat jako zawodnik, potem jako trener. Jeszcze jak występowałem na boisku zacząłem pracę trenerską. Oglądam stare notatki, zdjęcia i nie wierzę, moi pierwsi podopieczni mają już po 40 lat… W 1996 roku, po ukończeniu studiów na AWF i uzyskaniu dyplomu trenera, ówczesny prezes Artur Jagodziński dał mi szansę prowadzenia drużyny juniorów młodszych. Potem z niektórymi wychowankami, jak Szymon Ubożak, czy Rajmund Kula graliśmy w jednej drużynie w II lidze.

– To już 5 lat od kiedy nie ma mnie w Koronie. A może i dłużej? Przestałem już dawno liczyć. W pewnym momencie nawet przestałem się interesować, co się dzieje w klubie. Ale były też wyjątki, bo zerkałem na przykład na wyniki Marka Mierzwy i innych kolegów, trenerów grup młodzieżowych. Niestety z czasem ich z Korony ubywało… W pewnym momencie wyłączyłem się zupełnie. Sprawdzałem tylko suche wyniki. Z biegiem czasu przestałem chodzić na mecze Korony, bo czułem, że to już nie moja drużyna, nie mój klub. Kilkanaście lat temu założyliśmy Stowarzyszenie Oldbojów Korony. Była niepisana umowa, że od klubu dostajemy pewną pulę karnetów na mecze. Rożnie się bowiem potoczyły losy piłkarzy, jednych stać na karnet, innych nie. Chodziło jednak o sam gest. Miejsca może nie były najlepsze, bo kapało na głowę, ale wszyscy chętnie chodzili na te mecze i kibicowali swojemu klubowi, bez względu na wyniki czy miejsce w tabeli. Czara goryczy się przelała, kiedy parę lat temu dowiedzieliśmy się, że Korona zażyczyła sobie, aby dopłacać do karnetów 50 procent ceny. Wtedy wielu chłopaków powiedziało dość i musiało zrezygnować z oglądania na żywo meczów Korony. Przykre, ale prawdziwe. Obserwowałem wszystko z boku i w sumie z perspektywy czasu mogę podziękować panu Paprockiemu, że mnie zwolnił. Po tym, co się później działo, to chyba sam z czasem dorósłbym do takiej decyzji. Oczywiście jednak Korona jest nadal w moim serduchu bardzo głęboko. Tych wspaniałych chwil tam spędzonych nie da się wymazać z pamięci.

Ale to pikowanie w dół Korony zarówno pod względem sportowym, jak i tożsamościowym na pewno widziałeś. Znaleźć w pierwszej jedenastce zawodnika z rodowodem w Kielcach graniczyło z cudem. Szczególnie widać to było już za niemieckich właścicieli.

– Takie czasy nastały, choć teraz w wielu klubach ten trend się odwraca, bo działacze wiedzą już, że na młodym, dobrze wyszkolonym piłkarzu można zarobić duże pieniądze. To widać po rozwoju akademii piłkarskich w wielu klubach. Niestety nie możemy takowej doczekać się w Koronie. Była niestety taka tendencja, żeby ściągać „tanich-drogich” zawodników z zagranicy. Tanich, bo przychodzili za darmo, drogich, bo ich utrzymanie przez te lata kosztowało krocie. Czy oni jednak coś wnieśli do naszej drużyny? Niewielu takich było. Pamięta się zaledwie kilku, naprawdę dobrych piłkarzy. Młodzi natomiast byli potrzebni przeważnie do treningu, gdy brakowało dwóch, trzech seniorów. Wtedy się ich brało do pierwszej drużyny na kilka, może kilkanaście treningów i oddawało z powrotem do juniorów, drugiej drużyny, czy kiedyś Młodej Ekstraklasy w katastrofalnym stanie fizycznym i psychicznym. I mówiło się, że nie są jeszcze przygotowani do gry w ekstraklasie. Nie przypominam sobie, żeby któryś z trenerów w ostatnich latach stawiał na wychowanków. Ostatni, który wprowadzał dużo „swoich” młodych zawodników do drużyny seniorskiej to trener Włodzimierz Gąsior po degradacji do I ligi. Dał szansę wielu ówczesnym mistrzom Polski z roku 2008. Zadebiutowali między innymi Piotr Gawęcki, Michał Michałek, Paweł Kal.

Cała ta sytuacja i otoczka odbiła się na trybunach. Wielu kibiców przestało się utożsamiać z klubem, a na stadionie były pustki.

– Nie mieli komu kibicować. To była grupka przypadkowych zawodników, którzy przyjechali tutaj na rok czy dwa, by dobrze zarobić. Niektórzy nawet może nie pamiętają, że tu byli, bo nie zagrali nawet minuty. Czasami się o nich przypominało, jak rozwiązywane były kontrakty. To jakaś parodia… To pieniądze wyrzucone w błoto. Nieraz zdarzało się, że kontraktowano piłkarzy do pierwszej drużyny, a byli oni za słabi do rezerw. Płaciło się im ogromne pieniądze, które można było wydać w inny sposób, np. na stworzenie akademii z prawdziwego zdarzenia i przede wszystkim wybudowanie nowych boisk i zaplecza. Za Kolportera planowano zrobić wspaniały kompleks sportowy na Białogonie, są tam do tego wspaniałe warunki, ale skończyło się na planach. Kolporter się wycofał, nikt przez te lata nawet o tym nie pomyślał. I do tej pory nie powstało nic… Kielce nie mają podgrzewanego sztucznego boiska, jest tylko betonowa sztuczna arena, na której nikt nie chce już trenować i grać. Nie powstały żadne nowe boiska naturalne. Czy ktoś policzył ile milionów wydano na niepotrzebnych piłkarzy?

Cezary Ruszkowski – fot. profil na Facebooku

Ten spadek może okazać się zbawieniem. Niemcy odchodzą. Młodzi dostają coraz więcej szans. Trener Maciej Bartoszek postawił na Daniela Szelągowskiego i Iwo Kaczmarskiego.

– Nie miał trochę wyboru. Zresztą sytuacja była już i tak wyjaśniona. Nic nie ryzykował, mógł tylko zyskać. Okazał się wspaniałym trenerem, bo wpuszcza młodych na boisko? No raczej nie, gdyby zrobił to wcześniej, jeszcze zanim degradacja stała się faktem, to bym mu zaufał. Myślę, że to była akcja trochę pod „publiczkę”. Widzę, że znów ściąganych jest wielu zawodników z zewnątrz, obawiam się, że znowu idziemy na ilość, a nie na jakość. Nie znam wszystkich zakontraktowanych zawodników, ale już przybyło chyba 9 nowych piłkarzy. Myślę, że wkrótce nasi młodzi znowu siądą na ławce. Teraz będzie się walczyło o ekstraklasę i wychowankowie będą za „słabi”. Boję się, że tak będzie. Tak to się kręci, niepotrzebnie daliśmy władzę menedżerom, którzy na siłę wciskają do klubów swoich zawodników. Dlatego uważam, że budowa nowej, starej Korony powinna zacząć się od nowa, od pracy u podstaw, od ludzi, którzy są związani uczuciowo z Koroną i Kielcami i nie myślą o klubie, jako maszynce do robienia pieniędzy. W klubie powinna wisieć tablica z założeniami dla szkoleniowców, którzy przychodzą do klubu, coś na wzór 21 postulatów MKS (Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W 1980 roku podczas strajku w Stoczni Gdańskiej spisano 21 haseł – przyp. red). Trener, który przychodzi do klubu, powinien się dostosowywać do koncepcji pracy klubu i jego modelu gry. Do tej pory jest tak, że co nowy trener, to nowa koncepcja. Myślę, że w tej chwili klub nie ma żadnej strategii, oprócz przetrwania.

A my straciliśmy kolejnego młodego zawodnika…

– Tak, Daniel Szelągowski odszedł z Korony. A dlaczego miałby nie odejść? Był pewien, że ma jakieś możliwości rozwoju. Nawet jak nie będzie grał w pierwszym zespole, to w Rakowie działa super akademia. Mój przyjaciel Marek Śledź dostał misję stworzenia najlepszej akademii  w Polsce. Tam jest właśnie praca u podstaw. W Częstochowie o tym pomyśleli i dali dyrektorowi akademii duże pieniądze, aby ją rozwijał. Jest pan prezes, który myśli o przyszłości. Ściąga się najlepszych chłopaków z całej Polski , których się odpowiednio szkoli. Potem trafiają oni do pierwszej drużyny. Tak samo mogłaby robić Korona, gdyby pomyślała o konkretnych fundamentach szkolenia i infrastrukturze. U nas zbawieniem dla trenera był samochód z dużym bagażnikiem, bo nie wiadomo, gdzie odbędzie się trening. A trzeba wozić sprzęt na zajęcia. Raz trening jest na boisku na Prostej, raz na Ściegiennego na sztucznej, innym razem na Szczepaniaka na zakolu, bo na główną murawę nie można wejść. Trenowało się też lesie w Parku Baranowskim, to znowu na Kusocińskiego. Nie wiem, czy na „Kuso” może teraz trenować jakaś drużyna młodzieżowa, bo po remoncie boisko jest chyba dostępne tylko dla pierwszej drużyny.  Od moich czasów, do tej pory, niewiele się zmieniło.

Mimo tych problemów trafiło nam się to złote pokolenie. Korona nie potrafiła jednak tego wykorzystać.

– Wielokrotnie rozmawiałem z Markiem Mierzwą. Zdarzyło się, że wzięto chłopaka na treningi i potem na daleki wyjazdowy mecz pierwszej drużyny tuż przed jego egzaminem maturalnym. Nie wszedł nawet na minutę i został totalnie zdołowany. Potem wracał kilkaset kilometrów z meczu i rano musiał przystąpić do matury. Można powiedzieć, że dostał marchewkę i za chwilę kijem w łeb. Taki zawodnik wracał potem do treningów z juniorami i musiał się odbudowywać całe tygodnie. Wcześniej jednak też były takie przypadki, np. za trenera Marcina Brosza. Trener zawsze musiał mieć na treningu dwie jedenastki. Więc brał kilku zawodników z drugiej drużyny i po jakimś czasie niektórzy nie byli w stanie grać, wracali do nas przemęczeni i z urazami. Trener pierwszej drużyny nie myślał w ogóle o rezerwach, czy juniorach. Jeśli brał młodych, to nie patrzył na to, że grali dzień wcześniej mecz i powinni się regenerować. Potem jednak jak łapali kontuzje, to nikt się nimi nie przejmował. Bo przecież przyjdzie następny.

fot. Korona Kielce U17 – profil na Facebooku

Było o młodzieży, to teraz rozwiniemy temat oldboyów. W 2013 roku na 40-lecie klubu zorganizowano plebiscyt na najlepsza jedenastkę w historii klubu. Impreza fajna, piłkarzy wybrano, w tym Ciebie. Były jednak tego jakieś dalsze konsekwencje?

– Nie ma kontynuacji. Wtedy jeszcze ta impreza odbyła się dzięki ludziom oddanym wtedy Koronie. Był Paweł Jańczyk, ty też wtedy byłeś w mediach klubowych. Próbowaliście jeszcze zachować tę tradycję. Wiem, że władze klubu chciały z tego zrezygnować i tylko wręczyć nam jakieś dyplomy przed meczem ekstraklasy na stadionie. Ale na szczęście udało się! Na Rynku było mnóstwo ludzi. Było zapotrzebowanie na taką imprezę.

Co się teraz dzieje ze stowarzyszeniem oldboyów Korony?

– Stowarzyszenie cały czas istnieje. Chłopaki trenują dwa razy w tygodniu i jeżdżą na turnieje. Ja się już trochę wyłączyłem, bo skupiłem się na bieganiu i triathlonie. Cały czas mam jednak z nimi kontakt, jak trzeba to ich wspomagam. Dzięki takim ludziom, jak Kazik Czyżewski, co roku w grudniu od 17 lat odbywa się wigilia oldbojów w popularnej SHL-ce. Tam spotykają się wszystkie pokolenia Korony, co chwila przybywają nowi, młodsi oldboje. Poczynając od najstarszych: Jasiu Majdzik, Janek Czarnecki, Heniu Kiszkis, poprzez Miecia Mazura do coraz młodszych: Krzysiek Mądzik, Marek Mierzwa, Przemek Cichoń, Maciek Pastuszka. Ja mogę się pochwalić, że nie opuściłem żadnej wigilii.

No tak, ale to jest organizowane przez Was oldboyów, nie przez klub.

– Tak, zawsze na każdej wigilii jest ksiądz Krzysztof Banasik, kapelan Korony. Zapraszani są też przedstawiciele Korony. Bywali wszyscy poprzedni prezesi oraz inni działacze. Dostawaliśmy wtedy kalendarze i zapewnienie o współpracy. Ale jeśli chodzi o jakąś pomoc, to kończyło się na tym spotkaniu. Nikt nie podjął się w klubie tego, żeby stworzyć taką komórkę, która wspierałaby stowarzyszenie, a to by była fajna rzecz. Klub to są ludzie, a nie budynek. Oni są teraz w klubie dlatego, że ktoś kiedyś na to pracował na boisku. Bez piłkarzy nie będzie klubu. Bo co? Działacze założą sobie zespół? Niektórym trzeba też czasami pomóc, jak ostatnio naszemu wychowankowi Rafałowi Gorajowi. Nie wiem, czy ktoś z klubu w ogóle się zainteresował turniejem charytatywnym dla niego. Czy może pierwsza drużyna zrobiła jakąś zrzutkę? Myślę, że nie. Wiem, że „Kiełbik” dał koszulkę na licytację. Tymczasem na turniej przybyło mnóstwo byłych piłkarzy Korony, byłych Błękitnych i działaczy. Współorganizatorami byli  sędziowie świętokrzyscy, no i nie zabrakło również drużyny oldbojów. Pamiętam, że kiedyś zawodnik z drużyny Młodej Ekstraklasy miał jakieś kłopoty osobiste. Nie było problemu, nawet piłkarze pierwszej drużyny, niezwiązani aż tak bardzo emocjonalnie z klubem, zrobili zrzutkę.

– Oldbojami nikt w klubie raczej się nie interesuje. Pomoc ze strony Korony to chyba na razie tylko udostępnienie „zakola” na Szczepaniaka dwa razy w tygodniu oraz dopłata 50% do karnetów. Wcześniej też nie było różowo. Pamiętam, że jechaliśmy na ogólnopolski turniej do Zabrza i mieliśmy problem, żeby dostać osiem proporczyków. Trzeba było pisać podania o przyznanie. Nie było mowy o żadnej innej pomocy. A takie Zagłębie Lubin miało wszystko załatwione prze klub: sprzęt sportowy, autokar, pieniądze na obiad. Inny przykład, to Jacek Kubicki i Maciej Pastusza. Dostawali zapytania od Lecha Poznań, czy chcą bilety na mecz pokazowy z okazji jakiegoś święta klubu, mimo że grali tam bardzo krótko i dosyć dawno. Widać, że w innych miastach próbują budować tę tożsamość.

Ale jak w Koronie budować tożsamość, jak nawet nie potrafiono się z klasą żegnać z piłkarzami, trenerami czy pracownikami. Ty jesteś tego doskonałym przykładem.

– W moim przypadku można powiedzieć, że nie było żadnego pożegnania. Parę razy widziałem, jak żegnano zawodników, którzy spędzili w klubie pół roku, rok, może trochę dłużej… Jakieś grawertony, koszulki na pamiątkę. Mówię „Matko, gdzie ja jestem, czym on sobie zasłużył”. Przyszedł, nawet nie wiem czy zagrał z dziesięć dobrych meczów i już go żegnają z honorami. A ja byłem dwa razy wyrzucany z klubu i nikt mi nie podziękował, że poświęciłem temu klubowi prawie 20 lat życia. To najbardziej boli. Istnieje jednak życie poza „koroniarskie” i teraz mam wspaniały klimat do pracy w Akademii Piłkarskiej Spartakusa Daleszyce. Tym bardziej że jesteśmy tam z dyrektorem sportowym Markiem Mierzwą, trenerem mistrzów Polski juniorów z Koroną z 2019 roku. On nie był potrzebny Koronie… Jest dużo takich ludzi, którzy zaczęli działać gdzie indziej, np. Tomek Wilman, który jest koordynatorem i pomysłodawcą Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Nowinach. Jak można takiego faceta zwolnić? Teraz mógłby tę naszą Koronę odbudowywać. Jeden z trenerów młodszego pokolenia z licencją UEFA PRO, mógłby spokojnie pracować w I lidze. I on by stawiał na wychowanków. Widocznie nie był potrzebny. Bardzo mądry człowiek. Miał swoje zdanie, ale może w Koronie nie można go mieć.

– Moje pierwsze zwolnienie z Korony nastąpiło jeszcze jak byłem zawodnikiem. Kariery piłkarskiej mi nie było szkoda. Zacząłem już na pół etatu pracować w szkole. Najbardziej żałuję tego, że prowadząc drużynę juniorów po pierwszej rundzie mieliśmy pierwsze miejsce, ale nie dano mi dokończyć dzieła. Zwolniony zostałem z dnia na dzień z pierwszej drużyny jako zawodnik i jako trener z juniorów. Bez możliwości pożegnania się z chłopakami. Już z innym trenerem, utrzymali to pierwsze miejsce , ale przegrali baraże o wejście do ósemki mistrzostw Polski. To bardzo boli do dziś. Klub organizował później jakąś imprezę dla tych juniorów i nawet nikt mnie nie zaprosił, mimo że prowadziłem ich przez trzy lata.  Oni teraz są dorosłymi ludźmi i można powiedzieć, że z większością mam kontakt do tej pory.  Z drugiej strony jednak to było tuż przed przyjściem Kolportera. Chyba więc mogę się cieszyć, bo jeszcze mógłbym być w coś zamieszany. Więc może dziękować Bogu i ówczesnym działaczom (śmiech).

Chyba nie spodziewałeś się, że za drugim razem działacze potraktują Cię tak samo…

– Odnalazłem się w pracy trenerskiej. Byłem trenerem Wiernej Małogoszcz, która występowała w III lidze. Trener Włodzimierz Gąsior przyjeżdżał na mecze i widział, że sobie dobrze radzimy i zaproponował mi powrót do Korony. Najpierw w drugiej drużynie, potem w Młodej Ekstraklasie. Nawet dyrektor sportowy pan Jarosław Niebudek, z którym nie zawsze było mi po drodze, zwalniając mnie z obowiązków trenera Młodej Ekstraklasy, nie wyrzucił mnie z klubu, tylko zaproponował pracę z juniorami. Ja nie miałem żadnych pretensji, bo nadal byłem w klubie. Potem jednak zostałem wsadzony na tak zwaną „minę” do III-ligowych rezerw. Żaden inny trener nie chciał się zgodzić na prowadzenie drużyny, która praktycznie nie istniała. Panu prezesowi Paprockiemu jednak od początku coś się nie podobało. Może to, że jego syn nie grywał za często. W pierwszym meczu pokonaliśmy rezerwy Wisły w Myślenicach. Pamiętam, że już po drugiej kolejce i porażce z Wawelem Kraków, byłem na dywaniku u prezesa. Z trenerem Marcinem Broszem, który prowadził wtedy Koronę, nie było praktycznie żadnej współpracy. Chyba po pięciu kolejkach zostałem wyrzucony. Byłem zszokowany, bo można było mi podziękować w rezerwach, ale dać do trenowania jakąś drużynę młodzieżową. Okazało się jednak, że nie ma sentymentów. Moje oddanie klubowi przez tyle lat nic nie znaczyło dla prezesa. Parę dni wcześniej drużyna i sztab szkoleniowy otrzymali nowe dresy. Pan Paprocki kazał mi oddać dres. Ważniejszy dla niego był ten sprzęt, niż człowiek. To było bardzo niemiłe. Ale nie byłem jedyny. Tak żegnano się z kolejnymi trenerami, piłkarzami i pracownikami. A ci, co byli temu winni, nadal w klubie są.

Cezary Ruszkowski podczas zawodów triathlonowych – fot. profil na Facebooku Cezarego Ruszkowskiego

Okazało się, że jest życie po Koronie. Wiem, że masz grafik bardzo napięty.

– Obecnie piłkę kopię tylko wtedy, kiedy pokazuję coś dzieciom. Pracuję w Akademii Piłkarskiej Spartakusa Daleszyce. Jestem trenerem koordynatorem grup młodzieżowych. Marek Mierzwa we wrześniu 2019 roku został dyrektorem sportowym w Spartakusie Daleszyce, a ja na pokładzie zameldowałem się już w październiku. Wcześniej byłem koordynatorem w Astrze Piekoszów, ale niepotrzebnie zgodziłem się na prowadzenie drużyny seniorów. To był duży błąd i po roku rozstaliśmy się. Teraz z seniorami już nie mam do czynienia i myślę, że już tak zostanie. Cieszę się, że mogę coś dzieciom przekazać i nauczyć. Pomagam też Wojtkowi Jagodzińskiemu w prowadzeniu treningów w Przyjaznej Akademii Młodych Adeptów Futbolu. Od 2002 roku jestem również nauczycielem w Szkole Podstawowej w Daleszycach. Do niedawna była też praca trenera w Akademii Młodych Orłów, ale PZPN zlikwidował ten bardzo fajny projekt. Poza tym mam jeszcze dwie pasje: bieganie i triathlon, staram się co najmniej cztery razy w tygodniu odbyć trening. W tym roku nie wystartowałem w żadnych zawodach triathlonowych, bo nie było możliwości pływania, gdy były zamknięte baseny. W przyszłym roku muszę podszkolić pływanie, bo tam tracę najwięcej. To jest teraz moje nowe życie. Z oldbojami już nie kopię, bo boję się, że narażę się na jakiś poważny uraz.

Niejeden dwudziestolatek mógłby Ci pozazdrościć kondycji.

– Zaczęło się wszystko 6 lat temu. Jeździłem sobie do lasku pobiegać rekreacyjnie dwa razy w tygodniu. Po jakimś czasie trener Andrzej Szołowski, z którym współpracowałem w Koronie, powiedział, że jak już zacząłem biegać, to on mi rozpisze treningi cztert razy w tygodniu. Kupiłem sobie sport tester i buty biegowe i tak po pięciu miesiącach przygotowań przebiegłem swój pierwszy maraton w Warszawie. Do tej pory zrobiłem trzy płaskie maratony i jeden górski. Nowa pasja, czyli triathlon zacząłem uprawiać dzięki kolegom, którzy już się w to bawili parę lat.  W pierwszym triathlonie wystartowałem w Kozienicach trzy lata temu na pożyczonym sprzęcie. To był dystans sprinterski – 750 m pływania, 20 km jazdy rowerem i 5 km biegu. W zeszłym roku zrobiłem dystans olimpijski, który jest już dużym wyzwaniem. To jest 1500 metrów pływania, 40 kilometrów jazdy rowerem i 10 kilometrów biegu. Teraz już posiadam swoją karbonową szosówkę. Dostałem od przyjaciół na pięćdziesiąte urodziny. Najbliższe wyzwanie biegowe to Kielecka Dycha 4 października. To taka moja tradycja, bo tym biegiem rozpocząłem moje bieganie na poważnie. Będę startował siódmy raz z rzędu.

A jakie zawodowe marzenia ma jeszcze Cezary Ruszkowski?

– Z Markiem Mierzwą chcemy zrobić jedną z lepszych akademii w województwie. Będziemy zapraszać dzieci z ościennych wsi i miasteczek, chcemy  być konkurencją dla innych akademii. Na razie jest super, bo mamy dziewięć drużyn młodzieżowych, we wrześniu ruszyło piłkarskie przedszkole. Jest jeszcze drużyna seniorów, więc jak na niewielkie Daleszyce, to myślę, że nie jest źle. Jest dobra współpraca burmistrzem, panem Darkiem Meresińskim. Naszym marzeniem jest rozbudowa bazy sportowej oraz w przyszłości awans z jakąś drużyną do Centralnej Ligi. Jest duże zainteresowanie rodziców, znalazło się sporo sponsorów dzięki Markowi i nowemu zarządowi. Myślę, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. Chcę też pomóc Wojtkowi Jagodzińskiemu w rozwinięciu nowego pomysłu. O szczegółach wszyscy dowiedzą się wkrótce.

Mateusz Kępiński
Mateusz Kępiński
Z Koroną związany jestem od wczesnej młodości, kiedy jako kibic emocjonowałem się drogą Korony do Ekstraklasy. Od 2008 roku rozpocząłem współpracę z Korona Media Team, które potem przekształciło się w Biuro Prasowe. Z kieleckim zespołem przeżyłem degradację za korupcję, potem jednak były też piękne chwile, jak narodziny Bandy Świrów oraz heroiczna walka pierwszej ekipy Macieja Bartoszka. Przez dwa lata byłem świadkiem, jak wszystko co dobre, zaczyna w klubie umierać, dlatego w 2019 roku zdecydowałem się opuścić Biuro Prasowe. Związałem się z TVP3 Kielce, a kontakt z Koroną utrzymywałem pisząc dla portalu cksport.pl, którego też jestem współzałożycielem.

Ostatnie artykuły

Szkoda, że tak późno! Krzysztof Zając nie jest prezesem Korony!

Stało się, to co stać się musiało! Krzysztof Zając nie jest już prezesem Korony Kielce! Jest to konsekwencja czwartkowego przejęcia klubu przez...

W czwartek Korona będzie w rękach miasta. Prezydent Wenta wytypował niespodziewanego prezesa

Wydaje się, że Korona Kielce już za chwileczkę, już za momencik będzie w rękach miasta. W czwartek nastąpi oficjalne podpisanie umowy sprzedaży...

Mecz Pucharu Polski z Arką przełożony, ale Korona już trenuje

Sytuacja epidemiczna w Koronie Kielce powoli wraca do normalności. W środę drużyna wznowiła treningi po 10-dniowej kwarantannie. Z oczywistych względów nie odbędzie...

We wtorek to już na pewno… Będzie kibic zadowolony

To, co miało wydarzyć się w środę, stanie się w przyszły wtorek - takie zapewnienia płyną do nas z kieleckiego ratusza. To...

Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj