Tym razem bez jaj – proszę!

Gabovs, Marković, Cebula, Przybyła, Palanca, Rymaniak. Nie, to nie kolejny tekst “wspominkowy”. To nazwiska zawodników, którzy jeśli mieliby wskazać na jakiś upokarzający moment przeżyty podczas przygody z piłką to wielce prawdopodobne, że pomyśleliby o pucharowym meczu Korony Kielce z Puszczą Niepołomice.

No dobra – Rymaniaka dodałem trochę dla efektu, bo były kapitan żółto-czerwonych w tamtej potyczce pojawił się na boisku dopiero w 90. minucie. Niemniej jednak zespół, który skompromitował się w Niepołomicach, nie był jakimś składem węgla i papy. Co prawda Korona zagrała w nieco rezerwowym składzie, ale było nie było reprezentowała wtedy średni ekstraklasowy poziom. Żeby było śmieszniej, tamta Puszcza stanowiła jeszcze bardziej anonimowy zespół niż teraz. Prowadzeni przez Tomasza Tułacza niepołomiczanie w sezonie 2016/17 walczyli na trzecim poziomie rozgrywkowym.

Zawrotne 720 osób zgromadzonych tamtego popołudnia na stadionie w Niepołomicach obejrzało pokaz typowej rąbanki w polsko-ligowym stylu. Korona cudem dotrwała do karnych, a w nich wysiłki Gostomskiego postanowili spartolić koledzy strzelający pudłujący z wapna. Tamto spotkanie przypomniało nam też, że Dimitrij Wierchowcow miał odrobinę nie pasujące do swojej pozycji, nieco destrukcyjne zapędy. Cóż to był za ananas! Facet rozegrał 12 spotkań w ekstraklasie, a przynajmniej w połowie z nich musiał odstawić jakiś pamiętny cyrk. Ech… Łezka wzruszenia kręci się w oku na to legendarne spotkanie z Cracovią. Model wiatraka jaki Białorusin zaprezentował wtedy w starciach z ofensywą Pasów należało opatentować i opchnąć jakimś Holendrom.

Ale wróćmy do tamtego sierpniowego popołudnia w Niepołomicach. Wierchowcow zapracował na czerwona kartkę. Z jedenastki pudłowali wspomniany wcześniej Rymaniak, polski Neymar czyli Mariusz Rybicki i… Rafał Grzelak. Tak, tak. Obecny filar żółto-czerwonej defensywy dobrze pamięta tamto spotkanie i pewnie trochę się rumieni na to wspomnienie. Ponadto w Koronie zadebiutowali wtedy Gostomski i Krystian Miś.

To był początek niezwykle ciekawego sezonu. Korona startowała do rozgrywek w wielkiej niepewności. Prowadzona na początku kampanii przez Tomasza Wilmana bujała się od ściany do ściany. Od efektownych meczów jak te z Lechem czy Wisłą, po kompromitacje z Cracovią lub Ruchem. W pewnym momencie byliśmy w bardzo trudnej sytuacji, a skończyliśmy na piątej pozycji dzięki temu kto przejął dowodzenie, a był to…Maciej Bartoszek. Życie jest niezwykle przewrotne, a tamta porażka z Puszczą nie przekreśliła przecież trenera Wilmana w oczach Marka Paprockiego. Na pewno jednak ówczesny prezes miał ją w pamięci, kiedy październikową nocą wręczał Wilmanowi wypowiedzenie.

A Puszcza? Stłukła jeszcze po drodze Lechię i awansując do ćwierćfinału, w którym nie dała rady Pogoni Szczecin, osiągnęła największy sukces w historii klubu. To nie wszystko, bo tamten sezon niepołomiczanie zakończyli na pozycji, która dała im awans do pierwszej ligi. W niej grają do dziś.

I dziś właśnie (o ile czytacie to w piątek) zmierzy się na tym poziomie rozgrywkowym z Koroną Kielce w drugim oficjalnym spotkaniu tych drużyn. Cele na ten sezon mamy inne. Puszcza gra słabiutko. My dopiero budujemy zespół, ale idzie nam znacznie lepiej. Wątpię, żeby tacy Podgórski czy Thiakane pałali żądzą rewanżu za upokorzenia Trafforda czy Przybyły. Wątpię żeby Rafał Grzelak poświęcał przedmeczowy wieczór na opowiadanie kolegom epickiej historii tamtej porażki, nakręcając ich jednocześnie na krwawą zemstę. Wątpię, ale pasowałoby naprawić tę wstydliwą statystykę. Bo z całym szacunkiem do Puszczy, ale dla klubu pokroju Korony bilans 0-0-1 z takim zespołem to jest gargantuiczny przypał.

Marek…Pomścij mnie!

I wcale nie wierzę Grzesiowi Szymusikowi, który na briefingu przed meczem wyznał, że koroniarze bardzo, ale to bardzo obawiają się Puszczy. To był mniej-więcej ten poziom kłamstwa dyplomacji co mój, kiedy w wieku młodego rozrabiaki podpaliłem firankę w domu i wciskałem mamie jakąś tandetną historię próbując uniknąć kary. Kiepski blagier.

To jest, panowie, mecz z gatunku zagrać-wygrać-zapomnieć. Bo jeśli zostanie zapamiętany, będzie to znaczyło, że Korona znowu odstawiła w Niepołomicach jakąś kompromitującą szopkę.

Mateusz Żelazny
Mateusz Żelazny
Niektórzy znają tylko mój głos, inni kojarzą mnie z wizji. Każdy jednak wie, że mam żółto-czerwone serce. Od prawie dekady komentuję mecze Korony na antenie radia eM. Od 2017 roku ponownie pracuję w Telewizji Polskiej, gdzie poza innymi obowiązkami, mówię o Koronie i współtworzę Magazyn Sportowy. Kiedyś pisałem dla Przeglądu Sportowego - dziś, ku rozpaczy niektórych, piszę głównie na Twitterze oraz od niedawna tutaj. Poza tym piłkę znam na wylot. Zwiedziłem większość boisk i stadionów regionu jako zawodnik i sędzia.

Ostatnie artykuły

#NoweOtwarcie to…? 2/2 – dłuższe wypowiedzi

Wczoraj na naszej stronie opublikowaliśmy pierwszą część pomysłów zaprezentowanych przez kibiców Korony Kielce. Dziś pora zaprezentować drugi artykuł, zawierający dłuższe przemyślenia "Żółto-czerwonych" fanów...

#NoweOtwarcie to…? Cz. 1/2 – Twitter i krótsze wypowiedzi

Gdy parę dni temu w internecie została zainicjowana akcja #NoweOtwarcie, mało kto mógł się spodziewać, że spotka się ona z aż takim...

Jacek, królu złoty – wróciłeś!

Przed obecnym sezonem niektórzy żywili nadzieję, że będzie w klubie pewna osoba, która zamknie usta wszystkim krytykom. Człowieka, o którym mówiono, nie...

„Wysokie” wynagrodzenie nowego prezesa Korony. Wy tak na poważnie?

W ostatnich dniach w przestrzeni medialnej, a także na sesji Rady Miasta, podniosło się larum dotyczące wynagrodzenia nowego prezesa Korony Kielce. Polityczne...

Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj