Sztuka pożegnań – pięta achillesowa w Koronie

Tekst o odejściu z Korony Mateusza „Rooneya” Bukłata okazał się być – póki co – najbardziej poczytnym w krótkiej historii www.bandaswirow.com, odbił się szerokim echem, nie tylko wśród koroniarskiego grona, ale i w piłkarskiej Polsce. Totalnie mnie to nie dziwi – temat ten dotykał mocno koroniarskiego DNA, dotyczył też ważnej dla klubu osoby, której los kibicom Korony nie był obojętny. Należało jej się takie pożegnanie i właśnie postać „Rooneya” jest dobrym przyczynkiem do podjęcia tego tematu – pożegnań w Koronie.

Zanim rozwinę ten wątek, chciałem napisać jeszcze parę zdań o kulisach odejścia Mateusza. Poprzedni tekst miał być pewnego rodzaju bezstronną laurką, w której nie chciałem wnikać w kwestie rozstania, gdyż celem było podsumowanie 10-letniej historii „Rooneya”. Wiem jednak, że wielu kibiców interesują powody takiej decyzji, wiem też, że troszeczkę „oberwało się” za to klubowi, a sprawa nie jest zerojedynkowa. Być może, gdybym od razu zagłębił się w szczegóły, odbiór byłby nieco inny, jednak z w/w powodów, nie chciałem wtedy tego robić.

Artykuł, który teraz czytacie, jest w pełni subiektywny, to tylko i wyłącznie moje zdanie, dlatego też tak bardzo właśnie różni się od poprzedniego. Uważam, że w kwestii Matiego mieliśmy do czynienia, w pewnym sensie, z sytuacją tragiczną, w której nie było dobrego rozwiązania sytuacji, bez straty dla którejś ze stron. Tak naprawdę „Rooney” był bliski odejścia z klubu już we wrześniu. W moim tekście zaznaczyłem, że po tylu latach sam Mateusz chciał spróbować już czegoś nowego. Totalnie się temu nie dziwię – przez 10 lat robić to samo, bez perspektywy awansu, gdyż w tej „branży” już dawno osiągnęło się szczyt. Dodatkowo trzeba spojrzeć na sprawę szerzej – wrzesień był jednym z cięższych momentów w Koronie. Z jednej strony, zapowiedź zmian, z drugiej cały czas ten sam zarząd, tkwienie w klinczu, który bardzo irytował kibiców. Sam, będąc tam w środku, pewnie miałbym tego już po dziurki w nosie.

Ratunkiem na pozostanie „Rooneya” w Koronie miało być totalnie nowe wyzwanie – funkcja analityka przy sztabie trenera Macieja Bartoszka. I jeżeli w całej tej sytuacji popełniono jakiś błąd to moim zdaniem zrobiono go właśnie wtedy – każdy następny ruch był już nieodwracalny. Moim zdaniem Mateusz lepiej sprawdziłby się w funkcji związanej z logistyką, brandingiem, być może najbardziej naturalnym ruchem byłby awans na kierownika zespołu i powierzenie jakiegoś wyższego stanowiska Łukaszowi Tomczykowi. Stało się inaczej, „Rooney” został analitykiem, choć nie miał praktyki w tym zawodzie, to było odważne posunięcie.

Jeszcze nie tak dawno temu analitykiem w Koronie był przecież Gerard Juszczak, asystent selekcjonera Nawałki w reprezentacji Polski. Zatrudnienie na tym stanowisku osoby Mateusza było, moim zdaniem, bardzo ryzykownym krokiem i mówiąc brzydko „wrzuceniem na minę”. Albo inaczej – wrzuceniem siebie samego na minę, gdyż – z tego co wiem – był to gest dobrej woli ze strony klubu, a konkretniej Macieja Bartoszka. Umowa ta została podpisana, na początek, na trzymiesięczny okres próbny, a funkcję sprzętowego objął ktoś inny – swoją drogą też ciekawa postać, kibic Korony, którego znam choćby z wielu kibicowskich wyjazdów.

Kiedy doszło do zmiany władz, w klubie zaczęto szukać oszczędności. Dokładnie prześwietlano zarobki i strukturę zatrudnienia. Uznano, że posada analityka – w tym momencie – nie jest niezbędna Koronie. I rzeczywiście, zważywszy na to, że przez większość ostatnich lat Korona analityka w ogóle nie miała (obowiązki te spełniał zawsze II trener), nie dziwi mnie, że oszczędności zaczęto szukać właśnie tam, zwłaszcza gdy mówimy o analityku, który dopiero się uczy. Powrót na poprzednie stanowisko był raczej nierealny (wspominałem, że sam Mateusz nie chciał już tego robić), więc niestety w taki właśnie sposób – poprzez brak przedłużenia próbnego okresu – zakończyła się przygoda „Rooneya” w Koronie. Może trochę na własne życzenie, może nastąpił splot kilku niekorzystnych czynników, jednym słowem – konflikt tragiczny, na którym straciła Korona i sam Mateusz.

Dlatego też osobiście ciężko mi winić władze Korony za to, że stało się, jak się stało – tak chyba musiało się to skończyć w tej konfiguracji. Inną sprawą jest jednak fakt zakomunikowania tej informacji. Prawdę mówiąc, ja dowiedziałem się o tym zupełnie przypadkiem, w lutym. Chwilę później napisał do mnie Zbyszek Małkowski z prośbą o wrzucenie posta na „Bandę Świrów” o odejściu „polskiego Rooneya” – to też fajne, że byli piłkarze dbają o takie detale. Nie ukrywam – mocno ruszył mnie fakt, że nigdzie nie pojawiła się o tym wzmianka, nawet „lewymi kanałami”. Dlatego też postanowiłem – z pomocą osób z „Bandy Świrów” – godnie Mateusza pożegnać, bo należało mu się to, jak nikomu innemu.

I tu w mojej opinii ktoś ten temat zawalił. Nie do końca wiem, kogo za to obwiniać. Z jednej strony rozumiem tu podejście nowych władz zakładające, że na stronie oficjalnej nie będą się na ten moment pojawiać informacje o odejściu pracowników. Taka wzmianka w kilku przypadkach byłaby festiwalem hejtu, celebracją pożegnania nielubianych osób – wystarczy poczytać komentarze pod wpisem o odejściu z Korony Krzysztofa Zająca. Dlatego – patrząc z tej perspektywy – brak informacji to pewnego rodzaju okazanie szacunku i ochrona przed przykrymi komentarzami.

Z drugiej jednak strony – nie da się wrzucić wszystkich do jednego worka. A „Rooney” na pewno nie był kojarzony z „niemieckimi czasami”. Mam wrażenie, że część pracowników odpowiedzialnych za kwestie komunikacji bało się wyrazić swoje zdanie w tym temacie. Albo nie wiedzieli, jak ważną osobą w Koronie był Mateusz i nie mówię tu o Darii Wollenberg, bo ona została zatrudniona już po odejściu „Rooneya”. Jestem pewien, że jeszcze parę lat temu, kilka osób przekonywałaby „górę”, by zrobić w tym wypadku wyjątek, może byłoby bardzo burzliwie, a w przypadku braku zgody na publikację informacji na stronie oficjalnej, kompromisem byłoby „puszczenie cynku” innymi kanałami – mówiąc wprost – przez media zewnętrzne. To czasami dobre rozwiązanie, bo dziennikarze cieszą się, że dostają newsa, jest wilk syty i owca cała. Tak to się rozegrało w przypadku Sławomira Grzesika, Łukasza Foksa, Marcina Gawrona czy Katarzyny Dudek. I ok – to było pewne rozwiązanie. Ale w przypadku „Rooneya” – tego 1 czy 2 stycznia tak się nie stało. Dni, tygodnie mijały i prawie nikt nie wiedział o jego odejściu. Dlatego wyszło niefortunnie.

Jeżeli mówimy o wizerunku Korony to kwestia pożegnań z piłkarzami czy wieloletnimi pracownikami jest niezwykle istotna. W ostatnich latach temat ten był totalnie zaniedbywany przez klubowe władze – mało powiedziane, raczej standardem było pożegnanie na noże niż w normalnych, ludzkich warunkach. W pewnym momencie zdano sobie z tego sprawę i na siłę chciano pokazać, z jak wielką klasą żegna się w Kielcach piłkarzy. I wyszło groteskowo – Andres Lioi czy Ognjen Gnjatić zostali w Kielcach pożegnani z większymi honorami niż Bartosz Rymaniak, Radek Dejmek czy… Mateusz Bukłat. Bo z tego filmu na takie pożegnanie to zasłużył tylko Marcin Cebula, Jakub Żubrowski i może jeszcze Adnan Kovacević.

Pomijając jednak wszelkie okoliczności powyższego wydarzenia – sama forma była ciekawa. Pewnych rzeczy nie warto robić pod publiczkę, ale wyobrażam sobie dość podobny schemat przy żegnaniu, np. wieloletnich pracowników. Kwiaty, wydruk fajnego zdjęcia osoby, która odchodzi, podpisy współpracowników – wręczenie tego w kameralnym gronie, podziękowanie za wiele lat pracy – to jest dobra droga. Wiadomo, że pożegnania nie są łatwe, najczęściej jedna ze stron jest mocno rozczarowana, ale takim zabiegiem można choć trochę osłodzić fakt odchodzenia z klubu + podarować fajną pamiątkę. Wówczas Korona będzie budować też swoją markę jako firma, która do końca dba o pracowników i potrafi żegnać się z klasą.

Inną sprawą są pożegnania bardziej medialnych postaci – piłkarzy czy trenerów. Uważam, że tutaj klub również może sporo zyskiwać, odpowiednio „ogrywając” konkretne osoby. Wielka w tym rola wideo, w zasadzie w obecnych czasach chyba jedyna, a już na pewno najskuteczniejsza. Odchodzący piłkarz zabiera ze sobą wiele historii, które kibicom dobrze się kojarzą. I warto te historie pielęgnować, uwypuklać, bo w ten sposób buduje się tożsamość klubu. Przykłady? Daleko nie trzeba szukać.

Ponad 270 tys. wyświetleń na YouTube… Nierealne liczby dla nas na ten moment. W przypadku efektownych pożegnań z lubianymi postaciami jest jednak pewien haczyk – kibice często się z tą decyzją nie zgadzają, na prezesa spada krytyka. Ale tu też – moim zdaniem – sztuką jest te dwie kwestie oddzielić. Bo taka właśnie czasami rola prezesa, by podejmować te niepopularne decyzje, ale kluczem jest zdawać sobie z tego sprawę i stanąć ponad tym, pomyśleć szerzej – o marce Korony, o jej wieloletniej historii. Jeżeli władze zaczynają traktować Koronę jako swoją własność to zaczyna pojawiać się rozdźwięk i sytuacje typu „wrzućcie informację o odejściu Pawła Sobolewskiego, ale najlepiej bez podziękowań dla niego”.

Z Maćkiem Korzymem jest też ciekawa sytuacja – bo o ile jego odejście medialnie zostało rozegrane w taki sposób, a nie inny to wewnętrznie tarcia były ogromne. Sam „Korzeń” narzekał, że na pożegnanie nie dostał nawet ani jednej swojej koszulki, którą mógłby zachować na pamiątkę. Dlatego przed nowym prezesem duże wyzwanie, by odpowiednio tym wszystkim balansować.

Kończącą klamrą chciałem wrócić jeszcze do „Rooneya”. Z tego co wiem, w szatni odbyło się jego pożegnanie. I właśnie zabrakło nawet takiego krótkiego urywku puszczonego w sieć – to są ważne momenty z życia klubu. A już przy odpowiednim opakowaniu, przypomnieniu wielu śmiesznych scenek z Matim, jestem pewien, że taki film osiągnąłby na YouTube co najmniej 10 tys. wyświetleń. Tak w ogóle to marzą mi się czasy, w których taki tekst o „Rooneyu” pojawia się na stronie oficjalnej. Wypowiedzi wielu legend klubu, odejście z szacunkiem – na tym Korona może tylko zyskiwać!

Wiem, że ta polityka komunikacyjna klubu w przypadku pożegnań też ma się zmieniać. Osobiście na to bardzo liczę. Sam, pisząc takie teksty, mam raczej więcej do stracenia niż zyskania, ale kwestia godnego pożegnania „Rooneya”, kwestia dbałości o odchodzące osoby, to są dla mnie tematy fundamentalne. Bo jeśli mówimy o odbudowie wizerunku, a w przyszłości nadal będą konflikty, problem z żegnaniem zasłużonych postaci, to całe te gadki o pozytywnym PR wokół Korony nie będą miały sensu, kibice znów tego nie kupią.

Piłka nożna to jednocześnie trudny i prosty biznes. Trudny, bo nie da się wszystkiego zaplanować, tabelki w Excelu nie zrobią wyniku. Łatwy, bo w tym biznesie ważne są emocje. I – mówiąc brutalnie – zyskuje ten, kto potrafi tymi emocjami zarządzać, kto te emocje będzie potrafił sprzedać, kto te emocje wśród kibiców będzie w stanie wywołać – nie tylko na boisku. Klub to serce, które ma oddziaływać na całą społeczność zgromadzoną wokół. I trzeba zrobić wszystko, żeby to serce znów zaczęło odpowiednio bić.

fot. Korona Kielce

Michał Siejak
Michał Siejak
Na pierwszym meczu Korony pojawiłem się w 1998 roku i od tej pory wszystko się zaczęło... Działalność medialną wokół klubu rozpocząłem w 2007 roku, kiedy to przez 4 lata współprowadziłem portale kibiców - KoronaKielce.net i MKS-Korona-Kielce.pl, działając jednocześnie w SKKK "Złocisto Krwiści". W latach 2011-2019 tworzyłem telewizję klubową Korona TV. Teraz koroniarsko udzielam się na kanale Siejo TV na YouTube, w audycji "To My Scyzory" w Weszło FM i na portalu bandaswirow.com. Zawodowo realizuję materiały wideo dla Canal + Sport i kilku innych projektów.

Ostatnie artykuły

Głos trybun: Kibicem się jest… A nie bywa

Mój wpis jest kulminacją ciężkiej atmosfery wokół Klubu, która doprowadziła do odejścia Trenera. Nie będę tu pisał ani od ilu lat chodzę...

Głos trybun: Korona ma łączyć, a nie dzielić

Widząc co się dzieje wokół mojego ukochanego Klubu, poczułem się zobligowany, żeby wyrazić swoje zdanie na temat ostatnich wydarzeń. Rzadko piszę teksty...

Trenerze Bartoszek – dziękujemy!

Maciej Bartoszek odchodzi z Korony Kielce. Odchodzi z niej, mimo iż tematu jego zwolnienia teoretycznie nie było. Zanim jednak o najbardziej kontrowersyjnej...

Odwaga, nie odważnik – stabilizacja mocą Korony

Korona Kielce wróciła z dalekiej podróży - tak najkrócej określiłbym ostatnie zamieszanie z plotkami dotyczącymi posady trenera Macieja Bartoszka. Przez ostatnie kilkadziesiąt...

Powiązane artykuły

1 KOMENTARZ

  1. Siejo kiedys pracujac w jednej z kieleckich restauracji do ktorej Korzen lubial przychodzic dostalem od niego koszulke wyjazdowa co prawda naklejki i nazwisko czesciowo juz sie spraly ale jesli Maciek bedzie chcial miec taka koszulke jako pamiatke to mu ja oddam. Jednak Korzen to jeden z nas i on na Korone jeszcze nie raz wroci w jakiej formie nie wiem ale wiem, ze wroci… !

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj