Serce mi pęka, bo nie nacieszyłem się Koroną

Marek Motyka pracował w Koronie Kielce przez kilka miesięcy w 2009 roku i w tym czasie sporo się wydarzyło. Wprowadził zespół do Ekstraklasy, w niej odważnie postawił m.in. na Jacka Kiełba czy Piotra Malarczyka, a także… zrewolucjonizował wygląd szatni przy Ściegiennego. Dziś opowiada nam o tamtych czasach, wspomina różne sytuacje i bardzo ciekawie mówi zwłaszcza o kieleckiej młodzieży, która szansę otrzymała zbyt późno.

Z trenerem spotkaliśmy się przy okazji wyjazdu do Krakowa na mecz z Wisłą. Od razu wyraził gotowość, ucieszył się, że chce z nim porozmawiać ktoś z Kielc. Jak sam mówi – Koronę ma w sercu i wywalczenie z nią awansu 11 lat temu stanowi dla niego zaszczyt. Zatem oddajemy mu głos!

Rozpoczyna pan pracę w Koronie i na sam start gong w Lubinie. Powie mi pan, że wierzył wtedy w awans do Ekstraklasy?

– Rzeczywiście było to przykre, ale powiem szczerze, że nigdy się nie przestraszyłem trudnych wyzwań, bo wiedziałem, że zespół jest ciekawy. Było kilku bardzo fajnych piłkarzy, dużo młodzieży. Chodziłem sobie oglądać jak trenowała i wychwyciłem paru fajnych chłopaków. Malarczyka, Kala, Kiercza…

Uważałem, że potencjał klubu, miasto i zainteresowanie kibiców powodują, że człowiek może się tylko motywować. W sporcie nie da się żyć samymi sukcesami i trzeba czasami dostać gonga. Nie ma trenera w Polsce, który nie zaliczyłby poważnych wpadek. Nawet wybitna postać, Henryk Kasperczak, spadł z Górnikiem Zabrze.

Widziałem w tamtej Koronie ogromny potencjał, ponieważ chłopaki stanowili fajną mieszankę. Był jeszcze chociażby Edi Andradina…

To były zupełnie inne czasy, bo za pana kadencji Korona jeszcze jako jedna z nielicznych posiadała nowoczesny stadion.

To było to – wielka satysfakcja. No i chodziło dużo ludzi. Minimum 10 tysięcy, a i po 15 przychodziło. To mnie ogromnie motywowało i mimo niezbyt ciekawego początku to życie pokazało, że pozytywne nastawienie się opłaciło.

Wszyscy zaczęliśmy wierzyć, choć przy awansie mieliśmy sporo szczęścia.

No właśnie – do Ząbek jechaliście z duszą na ramieniu czy stwierdziliście, że trzeba wykonać swoją robotę, a co poza nami to zobaczymy?

– My tam pojechaliśmy po swoje. Nie mogliśmy liczyć na żadne układy. Potem dostaliśmy informację, że potoczyło się tak i tak, więc to przyjęliśmy.

Jak pan zarządzał z ławki informowaniem o wyniku meczu Podbeskidzie – Znicz?

– Ja nie chciałem, żeby cokolwiek do nas dochodziło. Zawodnicy mieli po prostu zrobić swoje. Żadnej informacji nie było także w przerwie. Wie pan – jednych to deprymuje, innych paraliżuje, podcina… Lepiej nie wiedzieć. I ja też tego wyniku nie wiedziałem mając świadomość, że będzie problem jak nie zrobimy tego, co należy do nas.

Potem, po naszym meczu z Dolcanem, musieliśmy trochę poczekać na koniec w Bielsku. I jak się dowiedzieliśmy, że wyniki się zgrały, to był szok. Chciałbym z Koroną raz jeszcze przeżyć coś takiego, wspaniałe wspomnienie.

Klub był wtedy świetnie zorganizowany. Ja w swojej karierze pracowałem w wielu miejscach i zazwyczaj rzadko trafiałem do takich ustabilizowanych. Najstabilniejsza i z najlepszą bazą była Korona.

Strasznie żałowałem, że nie udało mi się tam dłużej popracować. Uważałem, że idę w dobrym kierunku, kochałem pracować z młodzieżą, jeździłem na treningi. Widziałem jak się sprężali widząc trenera pierwszego zespołu, który przyjeżdża ich pooglądać, a nie idzie do restauracji na rynek czy gdzieś. Mieszkałem w Kielcach i każdy dzień od rana do wieczora wypełniała praca w Koronie.

Ja jestem zakochany w piłce i treningach. Do południa trenowałem z seniorami, potem szedłem oglądać młodzież. Mówiłem chłopakom: ty, ty i ty – chcecie siedzieć w szatni z Vukoviciem, Mijailoviciem, Andradiną to dam wam szansę. Ale wy musicie pokazać, że ją potraficie wykorzystać.

I niektórzy to zrealizowali, szczególnie Malarczyk.

Początkowo dostaliście się do barażów, dopiero potem nadeszła decyzja w sprawie Widzewa i awans bezpośredni.

– Wiadomo, potem – po te decyzji – to już tylko jazda po Kielcach i autokar otwarty! Rzesza kibiców, fantastyczna atmosfera… Dla mnie to też był szok, ponieważ pierwszy raz miałem okazję wprowadzić klub do Ekstraklasy, a wcześniej pracowałem tylko w takich walczących o utrzymanie. Na szczęście to zawsze się udało – czy w Górniku Zabrze, Polonii Bytom czy Polonii Warszawa. Co innego coś obronić, co innego coś wygrać.

Ale podkreślam, że jestem nie do końca spełniony i mam trochę żalu do włodarzy, że nie dali mi tego kontynuować. Ja dopiero zacząłem swoją pracę w tym klubie i spokojnie kładłem fundamenty. Zespół się do mnie przekonał, ja się przekonałem do zespołu.

Wzmocniliśmy się dobrymi obcokrajowcami. Do Andradiny czy Hernaniego doszli Vuković czy Edson… Choć Edson to jedyny zawodnik, który mnie zawiódł. Myślałem, że on pokaże więcej, ale mnie oszukał. Piłkarsko był mega kozakiem, ale zataił kontuzję mówiąc, że wszystko jest ok. Ja też go wziąłem w ostatniej chwili od razu do gry. Ale to nie był ten sam chłopak co w Legii – zastanawiałem się, kogo ja wziąłem. No a potem dowiedziałem się od jego kolegów, że zataił kontuzję kolana i nie doszedł do siebie fizycznie.

O Vukovicia zabiegał pan w pierwszej osobie?

– Oczywiście. Mijajlović powiedział mi, że Vuko nie gra w Grecji i chciałby odejść. Nikola mnie skontaktował i mówię: „Vuko, tam siedzisz na ławie, u nas możesz grać. Piszesz się na to?”. Zdecydował się do nas przyjechać, więc w czym problem.

Na początku mnie krytykowano, tak samo jak za Mijailovicia. Że pijak, że awanturnik, różne historie z Wisły, że bez prawa jazdy jeździ… I kto go będzie woził z Krakowa, bo niby tam miał mieszkać. No to mówię – ogarniemy dziewięcioosobową limuzynę.

Gadali głupoty, nawet nie sprawdzili, że ma normalnie prawko. Złośliwość ludzka nie znała granic, a Mijailović miał łatkę. Ale ja nie potrzebuję w drużynie ministrantów tylko chłopaków z jajami, wkładających serce w treningi i mecze. Nienawidzę bumelantów, ale jeśli ktoś oddaje serducho to ja za niego idę w ogień.

Niech mi pan powie z perspektywy czasu – czy ktoś teraz skrytykowałby transfer Vukovicia? Wszyscy obcokrajowcy, może poza Edsonem, sprawdzili się.

Oprócz Pauliusa Paknysa.

– Wie pan co, ten Paknys… On miał ograniczone możliwości, popełniał błędy może częściej od innych, ale był tak zaangażowany… Wkładał głowę tam, gdzie niejeden nie wsadziłby nogi. Bozia daje określony talent, jednemu większy, drugiemu mniejszy. Andradina – utalentowany i ulubieniec trybun – też nie zawsze grał dobrze.

Marek Motyka w 2009 roku z czasów pracy w Koronie Kielce

Rozmawiałem kiedyś o panu z Jackiem Kiełbem – pan go wprowadzał do Ekstraklasy – i wspomnienia z waszej relacji wyniósł jak najbardziej pozytywne.

– Ja się przyglądałem Jackowi i z każdym rozmawiałem indywidualnie. Widziałem, że on jest bardzo nieśmiały, przesadnie skromny, z ograniczonym zasobem słów. Powiedział mi szczerze, że jest chłopakiem ze wsi, nie ma wielkich tradycji, czuje się przytłoczony. I ja go zacząłem obserwować.

Mówię mu więc kiedyś: „Widzę, jakie masz braki, popracujmy razem. Pomogę ci je zlikwidować”. Poukładałem mu tyczki z jednej i drugiej strony i poprosiłem o nauczenie się jednej rzeczy, bo on zawsze dryblował z nogi na nogę i walił z całej siły. Kazałem mu zejść do środka i lobować bramkarza, nie ciągle strzelać z mocą ile fabryka dała.

Uderz na drugie tempo, na trzecie, zamachnij bramkarza… I wie pan, co on mi mówi? „Dziękuję, nigdy mi nikt tego nie wytłumaczył”.

I przychodzę sobie kiedyś na stadion, jem obiad, słyszę odbijającą się piłkę. Patrzę, a Jacek ma powbijane tyczki i harata cały czas – godzinę przed treningiem, potem godzinę po treningu. Lewa, prawa, ciągle to samo, później podcinki. Chłopak wziął to sobie do serca i pomogło mu to w życiu.

Mam w tym lekką cegiełkę. Jacek był tytanem pracy, chłopakiem do oszlifowania. Powiedział mi, że nikt nigdy nie miał dla niego tyle czasu, nikt mu tak niczego nie wytłumaczył. Ja podszedłem do niego jak ojciec.

I nagle dowiaduję się, że idzie za milion złotych do Lecha. To nie jest satysfakcja?

Dodam też, że jestem nieco zawiedziony Malarczykiem. Gdy szedł do Anglii to wydawało mi się, że to idealna liga dla niego. Dałem mu zadebiutować w gorącym meczu z Wisłą – mieliśmy trochę braków i stwierdziłem, że w sumie co ma przeciwnik do rzeczy.

Ja uwielbiam pracę Ajaxu i Barcelony z młodzieżą. Grają pół na pół – swoi i obcokrajowcy. A pan sobie nie zdaje sprawy z tego, że przez to, że zainwestowałem w swoich a nie obcych, to straciłem pracę. Nie mogę tego powiedzieć do końca jak czuję, ale ja wiem, że tak się stało. I od tej pory nie mogę złapać roboty w Ekstraklasie – poszedłem inną drogą.

Wydawało mi się, że warto inwestować w swoich. Doświadczeni piłkarze, a między nimi młodzież. Korona miała wtedy jedną z najlepszych drużyn w Młodej Ekstraklasie. Raz podpisali kogoś ze Stali Mielec i idę do prezesów się zapytać: „Panowie, dlaczego wzięliście słabszego chłopaka z Mielca skoro lepszego macie na treningu u siebie?”. A oni do mnie: „A kto tam w ogóle chodzi i na nich patrzy?”.

A ja przychodziłem i mówiłem, że ten fajny, ten fajny, ten fajny. I zapraszałem ich do szatni pierwszej drużyny, a od nich zależało, czy wykorzystają szansę.

No właśnie – nas, jako społeczność Korony Kielce, niebywale wkurza, że rok temu trener Lettieri nie dał praktycznie żadnych szans mistrzom Polski CLJ, choć drużyna kilka tygodni grała w zasadzie o nic. Wolał stawiać na obcokrajowców na wylocie.

– Trudno mi oceniać filozofię pracy Lettieriego, bo to był kapitał zagraniczny, niemiecki. Krzysiu Zając, mój kolega, dostał pewne wytyczne od właścicieli. Może problem polegał na tym, że nie wszystko przekładało się na jakość. Być może trener miał bazować na młodzieży zachodniej, a już na pewno nie swojej? Nie wiem.

Ja, choć starałem się o starszych zawodników, to zawsze dążyłem do tego, żeby młodzi uczynili się przy rutyniarzach. Bo ci rutyniarze odchodzili, kończyli kariery, a zostawało miejsce dla młodych.

Teraz natomiast sytuacja jest zgoła inna. Korona spada z ligi…

– Serce mi się kraje. Mam w sercu ten zespół i życzę mu naprawdę dobrze. Spędziłem tam wspaniałe chwile – co prawda nie dokończyłem dzieła i łudziłem się, że może dadzą mi spróbować jeszcze raz. Dałem kiedyś sygnał panu Zającowi, ale nie potraktował tego poważnie. Życie.

Natomiast przykro mi, że Korona spada. Fantastyczne miasto, fantastyczni kibice… Teraz czytam, że są problemy finansowe. Nie wiem jak to wszystko się skończy. Najważniejsza rzecz to szybki powrót do Ekstraklasy, ale jak to zrobić? Czy jest w ogóle jakiś plan? Nie wiem, bo jestem za daleko.

A tak sportowo – jak duży przeskok jest pomiędzy walką o utrzymanie, gdzie zwycięstwa to coś nieoczywistego, a rywalizowaniem o awans, gdy trzeba nadawać ton lidze?

– Niech pan spojrzy na przykład Górnika Zabrze. Szło im średnio w I lidze, w pewnym momencie postawili na młodzież i nie tylko zrobili awans, ale z rozpędu też puchary. Tutaj jest pokazany kierunek – jeżeli w młodych chłopaków, którzy chcą coś osiągnąć, się zainwestuje, to oni to oddadzą. Najcięższa praca polega na tym, żeby ich wyszukać.

Trenerzy w Koronie wykonują wielką pracę z młodzieżą, nawet rezerwy były w czubie III ligi. I dlaczego żaden z tych chłopaków nie został doceniony? Dlaczego żaden nie dostał szansy? Dla mnie to jest chore! Po co oni są? Jak można nie zauważać swojej własnej pracy? Przecież to też jest sukces!

Proszę spojrzeć na Lecha Poznań, Zagłębie Lubin, Cracovię – wszyscy teraz inwestują w młodzież. Robienie transferów krótkofalowych i brak patrzenia w przyszłość może człowieka zgubić.

Po obcokrajowcach często zostaje spalona ziemia, pracą z młodzieżą można nadać ciągłość.

Dokładnie – brawo! Dlatego mi zależało na szlifowaniu i dobieraniu coraz to kolejnych perełek. Ja zdaję sobie sprawę, że z grupy dwudziestu ludzi można wybrać jednego, góra dwóch. Ale żeby to rzeczywiście był ligowiec. Chodzi o wybór rodzynków.

Co by pan powiedział na flagowy argument Lettieriego sprzed roku, że „ja nie znam trenera, który by świadomie rezygnował z juniorów dających jakość, ale ja takich nie mam”? Też chyba trzeba spojrzeć inaczej na zawodników dopiero co wprowadzanych.

– Jest mi niezręcznie oceniać trenera jako trener i nie będę tego robił. Natomiast powiem, że to dla mnie co najmniej dziwne.

Marek Motyka podczas naszej rozmowy w sobotę, 11 lipca przed meczem z Wisłą Kraków

Wróćmy do pana. Kogo by nie zapytać o Marka Motykę w Koronie Kielce, każdy podkreśla, że pan… ułożył szatnię. Tak fizycznie, w kontekście pomieszczenia. Nadał jej kształt, zaprojektował, umeblował.

– Powiem tak: ja jestem takim człowiekiem, że w danym klubie chcę stworzyć moim zawodnikom warunki dające wszystko. Żeby mieli miejsce na zimne i ciepłe napoje. Chcesz kawkę? Przyjdź do szatni. Nie wpadaj z jęzorem na wierzchu w ostatniej chwili, wypij kawę z kolegą, pogadaj o ostatnim meczu.

Zamieściliśmy duży telewizor. Chłopaki mogli się napić kawy, luźno pogadać z kolegą i wymienić spostrzeżenia odnośnie meczu. To lepsze niż jakakolwiek analiza. Kupują to, ale na luzie. Żaden komputer i automat – każdy zawodnik ma coś w sobie i nie można tego zabijać.

Szatnia? Była wielka i piękna. Załatwili piękne skórzane fotele. Były tylko one i mała siłowienka. Na siłowienkę połączoną z salką zawodnicy przychodzili wcześniej i pracowali indywidualnie. Załatwiłem lodóweczkę, telebim, ekspres do kawy, półki na piłki, na buty…

To jest do dzisiaj!

– Wie pan… I co z tego? Serce mi pęka, bo się tym nie nacieszyłem. Chciałem chłopakom coś dać, a potem egzekwować. Podałem im serce na tacy, a sam pragnąłem powalczyć kiedyś o mistrzostwo czy puchary. Nie było mi to dane.

Opowiem taką historię – w jednym klubie poszedłem do pralni. Tam siedzi pani ze swoją córką, nie do końca zdrową, mają trzy pralki i piorą sprzęt meczowy. Ale z jedną z tych pralek ciągle coś nie gra. Pytam, o co chodzi, a ta kobieta do mnie, że pralka ma przebicie i się boją, że kopnie prądem. Poszedłem do prezesa i mówię: „Natychmiast ma pan kupić trzy pralki, bo obecne mogą zabić ludzi”. Przychodzę tam później, a kobieta się rozpłakała i mówi, że pracuje tu całe życie i odwala czarną robotę, a żaden trener nawet na nią nie spojrzał.

Innym razem budzę się, a tu nasypało śniegiem. Myślę, że nie będzie gdzie trenować. Przychodzę, a tu pół boiska odśnieżone, faceci biegają z łopatami. Kupiłem dwie wielkie zgrzewki piwa i mówię, że to ode mnie, jestem bardzo wdzięczny. Oni na to: „To nasz obowiązek, a my pana szanujemy i pan musi mieć warunki do pracy”. Kurwa mać, łzy mi poleciały!

Ja nie przychodzę do klubu na trening i do domu. Idę do jednego kierownika, do drugiego, słucham potrzeb zawodników.

W Koronie chciałem załatwić garnitury, emblematy, znaczki. Żebyśmy wyglądali pięknie, dumnie, jak Korona Kielce – dla tych wszystkich ludzi, którzy nam kibicują! Do dzisiaj mam bardzo serdeczne relacje z kierowcą autokaru, Jarkiem. Ja się tym wszystkim tak bardzo cieszyłem i liczyłem, że jak komuś coś dam, to mi będą zwracać na boisku, bo zobaczą, że ten klub to mój dom.

Prezydent Lubawski mi powiedział: „Panie Marku, to początek. Za trzy lata chcemy grać w pucharach, chcemy w pana inwestować”. Poczułem wtedy, że skoro tak to jestem nietykalny i mogę realizować swoje marzenia o wpływie na drużynę. Najpierw fundamenty, a potem pustak po pustaku, nic się od razu nie zrobi. Ale zwolniono mnie wcześniej…

Wierzył pan mocno w zwiększenie poziomu zespołu regularnym stawianiem na kieleckich chłopaków?

– Dziś troszkę się czasy zmieniły. Wiadomo, że Legia, Piast czy inne kluby z czuba wspierają się obcokrajowcami, bo poziom się musi zgadzać. Z pucharów wszyscy odpadają szybko i okazuje się, że nie jesteśmy w stanie z niektórymi rywalizować jak równy z równym.

A na przykład Górnik Zabrze wszedł do ligi i nie stać go było na wielkie transfery. Ale zrobił to inaczej – traktuje poważnie swoje rezerwy, a dodatkowo zgarnia perełki ze wszystkich klubów mniejszych, ościennych.

Dlaczego Korona nie może podążyć tą samą drogą? To przecież jedyny duży klub w województwie! Ilu fajnych chłopaków gra w KSZO Ostrowiec czy w innych zespołach? Nie można ich ściągnąć? Ja nie mówię, że od razu trzeba robić ekipę na puchary, ale na pewno są tu rezerwy.

Powiem tak – jeżeli miasto rokrocznie ledwo supłało pieniądze na tę Koronę, a ona spokojnie się utrzymywała, to jak spojrzeć na pojawienie się obcego kapitału, przemielenie mnóstwa zawodników i spadek?

Ja pana Zająca bardzo szanuję i myślę, że on oddaje serce. Trener Lettieri dostał duży kredyt zaufania, ja o takim czymś bym marzył – nie dostałem, poleciałem. Nie chcę tego oceniać, nie widziałem tego od środka i nie wiem, co będzie.

Natomiast serce się kraje, żeby w takim mieście i w takich warunkach młodzież była odstawiona na boczny tor. Jak rok temu – świetny trener zachodni, bezpieczna sytuacja w tabeli, utalentowani zawodnicy… Nie wiem, dlaczego tak było.

Inni ogrywali, sprzedawali, zarabiali – nie Korona.

To na sam koniec – czyli da się i tak, że symbol Wisły Kraków może być w części serca za Koroną Kielce?

– Absolutnie! Ja nie mam podstaw, żeby czuć tutaj jakikolwiek moment zawahania. Dostałem niepowtarzalną szansę pracy w Koronie Kielce i wywalczenie z nią awansu stanowi dla mnie zaszczyt. Jedynie, o co mi serce krwawi, to że nie dano mi popracować choćby rok i pozostawić po sobie jakieś znamię. Mam żal do ludzi, którzy mi wbili nóż w plecy, ale to już historia.

Chciałbym zostać jeszcze tym, który dostanie szansę powtórzenia awansu. Ale wiem, że to będzie trudne, bo byłem poza dużą piłką i nie wszyscy mogą myśleć, że zdołałbym się podnieść. Powiem jednak szczerze, że zawsze Koronie Kielce będę dobrze życzył, bo ją polubiłem.

Nie powiem, że kocham Koronę, bo kocham Wisłę. Ale na przykład Cracovię – szanuję. Koronę – szanuję, cenię. Pozostawiłem po sobie jakiś ślad i jest mi miło, jak dostaję z regionu życzenia świąteczne czy ludzie się obrażają, że przejeżdżam i nie odwiedzę. Miło mi, gdy się ze mną witają i ściskają na meczach, a przecież jestem z Krakowa – nie wszyscy z Krakowa są lubiani.

To jest fajna zapłata i bardzo ją sobie cenię.

Marcin Długosz
Marcin Długosz
Od dziecka chciałem być blisko Korony Kielce i udało mi się to osiągnąć. Pracuję przy klubie odkąd mam 16 lat - najpierw jako dziennikarz CKsport, potem członek Biura Prasowego od lutego 2016 do marca 2018, a jeszcze później jako redaktor naczelny CKsport. Z Mateuszem Żelaznym skomentowałem też dziesiątki meczów Korony w radiu eM. Obecnie mieszkam w Warszawie i jestem częścią działu sportowego Super Expressu. Klub to dobro wspólne każdej osoby o żółto-czerwonym sercu - jeśli tylko mogę jakoś pomóc, to nie może mnie tu zabraknąć!

Ostatnie artykuły

#WalczyszKorono 2 (wideo)

Pierwsza odsłona tej akcji zakończyła się sporym sukcesem… Mówią, że drugie części zawsze wychodzą gorzej i to zwykle odgrzewane kotlety… W tym...

Budzimy się! Czas na #WalczyszKorono 2!

Do startu rozgrywek I ligi pozostało już tylko kilka dni. Przed Koroną Kielce prestiżowe starcie z Widzewem Łódź, a my mamy wrażenie, że...

Sztuka pożegnań – pięta achillesowa w Koronie

Tekst o odejściu z Korony Mateusza „Rooneya” Bukłata okazał się być - póki co - najbardziej poczytnym w krótkiej historii www.bandaswirow.com, odbił...

Mateusz Bukłat odszedł z Korony… „Rooney” – dziękujemy za WSZYSTKO!

Mati, „Pan Bu”, „Bunio”, po prostu „Rooney”! Od 1 stycznia 2021 roku swoją 10-letnią pracę dla klubu zakończył Mateusz Bukłat - jedna...

Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj