Na mieście po staremu

Prosty przepis na kryzys wizerunkowy a’la “polski działacz piłkarski”. Miej trenera. Zrób transfery. Wyznacz nierealny cel sportowy. Zapewniaj o pełnym poparciu zarządu dla trenera. Zrób szkoleniowca dyrektorem sportowym. Odczekaj dwa tygodnie. Zwolnij delikwenta.

Zaskakujące, że ten powielany schemat nikomu się nie nudzi? Ani trochę. Jest oklepany jak występy Maryli Rodowicz na telewizyjnych Sylwestrach. Przewidywalny jak mistrz Polski w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale jednocześnie potwornie skuteczny, niczym Lewandowski w Bundeslidze. Jeśli ktoś z pełną premedytacją chciałby wywołać w swoim klubie kryzys, takie działanie byłoby więcej niż logiczne.

Ale przecież nikt tego nie chce.

Dlaczego więc schemat ciągle się powtarza? Dlaczego niczym wirus infekuje polskich działaczy? Dlaczego ktokolwiek i gdziekolwiek jeszcze naiwnie sądzi, że taki absurd może przynieść pozytywny skutek?

Nie mam zielonego pojęcia, ale wirus dotarł do Korony.

Jest to o tyle dziwne, że na ile poznałem pana Łukasza Jabłońskiego, uważam go za człowieka kompetentnego i inteligentnego. Co ważne – skłonnego do merytorycznej dyskusji. Dodatkowo nie miał wcześniej z polską piłka nic wspólnego, można mieć zatem nadzieję, że wirus polskiego działacza powinien go ominąć. A jednak… Informacja co prawda nie jest jeszcze pewna, ale wszystko zabrnęło już tak daleko, że niemal z pełnym przekonaniem możemy założyć, że dni Macieja Bartoszka w Koronie są policzone.

A teraz o tym dlaczego na dzień 3 marca 2021 roku jest to błąd.

Zacznijmy od odpowiedzialności. Odpowiedzialności za słowa. To ważne, bo w czasach kiedy powiedzieć można absolutnie wszystko, zaufanie i szacunek zdobywają ludzie, którzy szanują to co mówią i co deklarują. Niestety – jeśli w ciągu dwóch tygodni jesteśmy w stanie przejść od słów o pełnym zaufaniu – jeszcze podbijamy to awansem i odpowiedzialną funkcją w klubie, mówienia o długofalowym projekcie i rodzinie, do cichych dni i potajemnego szukania następcy, to narażamy się wyłącznie na śmieszność.

Wyobrażam sobie, że to nie był nagły strzał, olśnienie od Boga. Z całą pewnością prezes Korony ma co najmniej kilka konkretnych argumentów. Takich sportowych i takich niekoniecznie opartych na wynikach drużyny i taktyce – zresztą sam Łukasz Jabłoński przyznaje, że akurat o tym nie ma pojęcia. A skoro tak jest, pewnie są powody poza sportowe. Może jakieś kłótnie, może nieporozumienia dotyczące zakresu obowiązków, może brudny kubek w zlewie, a może coś dużo mocniejszego.

Niemniej jednak jeśli strzelasz do grubego zwierza musisz mieć coś więcej niż kapiszony.

O tym że na kieleckim podwórku Maciej Bartoszek jest bardziej niedźwiedziem niż zającem (hehe), nikogo przekonywać nie muszę. Ludzie kochają go nie tylko za znakomite wyniki w zamierzchłych ekstraklasowych czasach, ale też za powrót na tonącą łajbę, zostanie po spadku, zaangażowanie w ratowanie klubu większe niż można oczekiwać od trenera i przywiązanie do obcej mu przecież ziemi.

Ale pójdźmy dalej. Latem drużyna przechodzi taką przebudowę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na cuda. Każdy zdobyty punkt należy szanować i cieszyć się z najmniejszego progresu. Potem przychodzi zima – znów następuje niewielka, ale brzemienna dla zgrania i stabilności drużyny przebudowa. Wzmocnienia są niezłe, ale nie gwarantują jakości “na teraz”, dodatkowo zespół jest mniej wyważony. Pole ruchu w newralgicznej defensywnie ograniczono do minimum. Po tym wszystkim ktoś wychodzi i deklaruje awans – totalne odklejenie od rzeczywistości.

Nie zrozummy się źle. Dobrze mieć cele, ale jeśli po tym wszystkim, ktoś poważnie myślał, że ci piłkarze, będą lali każdego kto im wpadnie w ręce, to na serio nie ma zielonego pojęcia o piłce. Budowanie drużyny to proces, który na dobrą sprawę nigdy się nie kończy. Tu coś wyjmiesz, tam włożysz, tutaj zasiejesz, żeby – być może – zebrać po czasie. Trzeba patrzeć wprzód. A patrząc na tę drużynę można dojść tylko do jednego wniosku. Ci chłopcy mają potencjał, żeby grać o awans. Najpierw jednak muszą się zgrać, potem w kolejnym okienku należy wymienić słabe ogniwa i wzmocnić kruche punkty, a na końcu zebrać plon. Na pewno nie w tym sezonie.

Progres w grze zespołu jest zauważalny gołym okiem. Widzew jest zespołem dużo stabilniejszym, na innym poziomie budowy niż wciąż rozgrzebana Korona. Chrobry miał dużo szczęścia, a w Koronie zawiodły punkty, które mogły zawieść i – wszyscy to widzą – wciąż wymagają dopracowania. Nie ma tutaj żadnych tajemnic. Nie ma też podstaw do nerwowych ruchów i zwalniania szkoleniowca.

Ok. Jeśli zatem nie względy sportowe, to może coś poza aspektami piłkarskimi?

Atmosfera? Nie. Mimo sugerowania tego przez inne media, teorię można obalić szybciej niż ćwiartkę we dwóch. Wystarczyło kilka telefonów, żeby przekonać się że szatnia jest zdrowa i trener wciąż jest jej liderem. Może zatem inne rzeczy? Trener ma twardy charakter, to żadna tajemnica. Przypuszczam, że nie jest łatwo być na co dzień jego przełożonym. Niestety dla pana prezesa – wobec powyższego – jeśli nie udowodni że to Maciej Bartoszek strzelał do Papieża, będzie to jego ogromna wizerunkowa porażka.

Znowu nie chciałbym być źle zrozumianym. Może Łukasz Jabłoński ma rację. Może Maciej Bartoszek jest zgniłym jajkiem w koroniarskim gnieździe i zawadza w rozwoju. Ale na tym właśnie polega rozsądne podejmowanie decyzji, że nie zawsze robimy to co chcemy. Robimy to co jest słuszne. Jeśli według pana Jabłońskiego, Bartoszek już nie pomoże Koronie i tylko zawadza – sezon jest tak czy inaczej przegrany. Kolejny miesiąc dostarczyłby tylko argumentów sportowych za zwolnieniem trenera i wtedy można byłoby się rozstać dużo bardziej profesjonalnie.

I chyba o to mam największy żal. O nieodpowiedzialność w deklaracjach. Zaprzeczanie swoim działaniom. O brak przewidywania następstw, bo ten ruch, w takim momencie, ośmiesza tylko nowe rozdanie w klubie i burzy nieco wiarygodność obecnych władz. Nie wyglądają świeżo. Wyglądają jak każdy stereotypowy działacz piłkarski. I niestety, ale takie właśnie kryzysy są dużo większym hamulcem w rozwoju klubu, niż danie logicznej szansy – nawet przegranemu już trenerowi. Ale szansy, zgodnie z danym słowem.

W budowie dużych projektów przewidywanie jest bardzo ważne. Nie wymyślanie nierealnych celów, bo jak wiadomo “co nagle to po diable”, ale rozeznanie konsekwencji swoich działań nieco dalej, niż do rozpaczliwej próby ratowania wyniku kolejnego meczu.

Mateusz Żelazny
Mateusz Żelazny
Niektórzy znają tylko mój głos, inni kojarzą mnie z wizji. Każdy jednak wie, że mam żółto-czerwone serce. Od prawie dekady komentuję mecze Korony na antenie radia eM. Od 2017 roku ponownie pracuję w Telewizji Polskiej, gdzie poza innymi obowiązkami, mówię o Koronie i współtworzę Magazyn Sportowy. Kiedyś pisałem dla Przeglądu Sportowego - dziś, ku rozpaczy niektórych, piszę głównie na Twitterze oraz od niedawna tutaj. Poza tym piłkę znam na wylot. Zwiedziłem większość boisk i stadionów regionu jako zawodnik i sędzia.

Ostatnie artykuły

Paweł Golański wraca do Korony!

Paweł Golański, po 6 latach przerwy, wraca do Korony Kielce! Tym razem w roli dyrektora sportowego - "Golo" będzie odpowiedzialny za wizję...

Głos trybun: Kibicem się jest… A nie bywa

Mój wpis jest kulminacją ciężkiej atmosfery wokół Klubu, która doprowadziła do odejścia Trenera. Nie będę tu pisał ani od ilu lat chodzę...

Głos trybun: Korona ma łączyć, a nie dzielić

Widząc co się dzieje wokół mojego ukochanego Klubu, poczułem się zobligowany, żeby wyrazić swoje zdanie na temat ostatnich wydarzeń. Rzadko piszę teksty...

Trenerze Bartoszek – dziękujemy!

Maciej Bartoszek odchodzi z Korony Kielce. Odchodzi z niej, mimo iż tematu jego zwolnienia teoretycznie nie było. Zanim jednak o najbardziej kontrowersyjnej...

Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj