Mateusz Bukłat odszedł z Korony… „Rooney” – dziękujemy za WSZYSTKO!

Mati, „Pan Bu, „Bunio, po prostu „Rooney! Od 1 stycznia 2021 roku swoją 10-letnią pracę dla klubu zakończył Mateusz Bukłat – jedna z ważniejszych postaci ostatniej dekady w Koronie Kielce – i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Człowiek niezwykle istotny dla setek przewijających się w tym czasie piłkarzy Korony, niezwykle lubiany wśród pracowników, miał swoich fanów wśród kibiców. Wykonujący mrówczą pracę, często nie przez wszystkich docenianą. Pożegnał się z Koroną dość niespodziewanie, po cichu, już prawie dwa miesiące temu. W tym tekście będziemy chcieli tę ciszę nadrobić, wraz z częścią ekipy „Bandy Świrów” przybliżając jego postać i dziękując za wszystko. Zaczynamy!

Mateusz Bukłat w Koronie pojawił się w 2010 roku, głównie za sprawą Nikoli Mijailovicia i Aleksandara Vukovicia, którzy po powrocie klubu do Ekstraklasy, odgrywali w szatni bardzo istotne role. – Pamiętam rozmowy z ówczesnym prezesem, Tadeuszem Dudką, że jako klub, który ma się rozwijać, potrzebujemy osoby zajmującej się sprzętem piłkarzy – wspomina Vuković. Wtedy odpowiedzialny za ten aspekt był ówczesny kierownik zespołu, Paweł Grabowski, któremu jednak – w związku z rosnącymi wymaganiami pracy w Ekstraklasie – zaczęło brakować doby do wykonania wszystkich obowiązków – Ja sam już nie dawałem rady. Wówczas Nikola Mijailović na nowo układał ten klub. Pamiętam, jak Nikoś przyszedł do mnie i powiedział, że muszę mieć do pomocy sprzętowego, a ja mam stać się „Panem Kierownikiem” – opowiada Grabowski.

W tamtych czasach „Rooney” był pracownikiem pobliskiej pralni, która miała umowę z Koroną właśnie w zakresie prania sprzętu meczowego i treningowego. – Zauważyłem chłopaka, który bardzo chętnie przyjeżdżał na nasz stadion, by przywieźć czyste pranie i zabrać brudne rzeczy. Widziałem u niego duże zainteresowanie piłką, a w pewnym momencie już nawet emocjonalne zaangażowanie. Bardzo dbał o detale i pilnował, aby wszystko zawsze było na czas. W końcu zaproponowałem mu czy nie chciałby nam pomagać na stałe – zdradza były kierownik. W ten sposób Bukłat znalazł się w naszym klubie, stając się pełnoprawną częścią koroniarskiej szatni.

Zmiana jakościowa była widoczna gołym okiem. – On nauczył się wszystkiego do tego stopnia, że ja dzięki niemu naprawdę stałem się tym „Panem Kierownikiem” i mogłem zająć się innymi obowiązkami. Wszystko mieliśmy dograne. Jak był mecz domowy lub wyjazdowy to on wcześniej przyjeżdżał sam do szatni i rozkładał sprzęt, my byliśmy już na gotowe. Wyglądało to profi – wspomina Grabowski i dodaje: – Inne zespoły zaczęły nas podpatrywać – zauważyły, że w Koronie jest osoba, która przyjeżdża na stadion wcześniej. Do tej pory takie standardy obowiązywały tylko w Legii i Lechu. Teraz jest to już normalne, wtedy było innowacją.

Początkowo Mati był jedynie „człowiekiem zawodników”. – Tak naprawdę Mateusz pojawił się w Koronie dzięki nam, piłkarzom. Myślę, że lekką cegiełkę dołożyliśmy do tego, że spędził przy Ściegiennego 8 aż 10 lat – mówi Maciej Korzym, jeden z symboli „Bandy Świrów”. O kulisach starań o normalną umowę „Rooneya” w klubie, na etacie, za przyzwoite pieniądze, można by napisać książkę. Działacze nie do końca rozumieli i doceniali obowiązki, które musiał spełniać Mateusz. Zapewnienie sowitej pensji zawodnikowi nie było problemem, z przeznaczeniem cząstki tej kwoty na sprzętowego było już gorzej. – „Rooney” to dla mnie bardzo ważna postać, bo oficjalnie został zatrudniony w klubie za mojej kadencji. Razem z piłkarzami musieliśmy przekonywać działaczy, że taki człowiek w Koronie jest potrzebny na normalnej umowie – zdradza Leszek Ojrzyński, trener słynnej „Bandy Świrów”. Z upływem lat natłok obowiązków coraz bardziej się zwiększał.

– „Rooney” nie spędzał w pracy dwóch-trzech czy ośmiu godzin, często było ich dwanaście – mówi Zbigniew Małkowski, bramkarz legendarnej „Bandy Świrów”. Zebranie brudnego prania od kilkudziesięciu osób, zapakowanie je w worki, zawiezienie do pralni, następnie odebranie czystych rzeczy i kilkugodzinne szeregowanie ich. Getry, spodenki, koszulki, czapki, odzież termiczna i nawet bielizna. Wszystko to musiało być gotowe na trening, a czasem nawet i na dwie – trzy jednostki treningowe dziennie. Piłkarz odbierał tylko gotowy, poukładany „produkt”, choć za tym „pakietem” kryło się kilka godzin pracy i kilkadziesiąt kilogramów dźwigania. I tak dzień w dzień, przez 10 lat pracy w Koronie.

– On nam, piłkarzom, po prostu niesamowicie ułatwiał pracę. Grałem wcześniej w Arce czy Jagiellonii, ale takiej osoby tam nie było. Działanie Matiego nie kończyło się tylko na odebraniu prania i poukładaniu go – mówi Przemysław Trytko, który w Koronie grał w latach 2013-2016. – Z racji tego, że „Rooney” przebywał w szatni tyle godzin, znał nas prywatnie i był z nami zżyty, to wiedział kto chce długi, kto krótki rękaw. Każdy z nas miał swoje upodobania, ten musiał grać w M-ce, tamten nigdy by nie założył L-ki, inny z kolei wymagał przyciętych geter. Takie detale wpływają na komfort zawodników, a Mateusz załatwiał te wszystkie problemy nie zawracając nikomu głowy. Ponad dwudziestu chłopa + trenerzy, a on sam musiał to ogarnąć. Przychodziło się do szatni i nie było żadnych wpadek, że czegoś brakuje. Powiem więcej – często bywało tak, że młodzi zawodnicy zapominali wziąć, np. pachołków, a Mati myślał za nich, ratując ich z opresji – opowiada „Tryto”. Takie detale przekładały się następnie na jakość treningów i meczów.

Dbanie o sprzęt to w zasadzie tylko te formalne obowiązki na papierze, za które odpowiadał Bukłat. Inną, totalnie nadprogramową częścią jego czarnej roboty była pomoc piłkarzom w zwykłych, codziennych sytuacjach. – Pamiętam moje początki w Koronie. Od razu ciepłe przyjęcie, „to jest twoje, ty siedzisz tutaj” – to wszystko tłumaczył mi Mateusz – zdradza Kamil Sylwestrzak, który w Koronie spędził 4 sezony. – Wespół z Łukaszem Tomczykiem to był organizator wszystkiego, co działo się w szatni. Stanowili razem niesamowity duet. To gość, który na starcie powiedział mi, że jeśli czegoś potrzebuję to mam zapisać sobie jego numer telefonu, a najlepiej nauczyć się go na pamięć – kontynuuje „Małpa”. Mati angażował się w wiele prywatnych aspektów życia piłkarzy w Kielcach. Gdy trzeba było zawieźć zawodnika na lotnisko lub odebrać z niego nowy transfer Korony to „Rooney” jechał. Zresztą nie tylko po piłkarzy. – Jeśli do Polski przylatywała dziewczyna któregoś z zawodników, a my mieliśmy wtedy akurat trening, to Mateusz był na posterunku, wsiadał w samochód i jechał do Warszawy. Odebranie kogoś z pociągu w Kielcach, pomoc z wizytą u lekarza – to są niezwykle ważne rzeczy, o których się nie mówi, bo ta osoba nie strzela bramek, nie asystuje – tłumaczy Przemek Trytko. – 24 godziny do dyspozycji. Jak dzwoniłem do niego o 3:00 w nocy, mówiąc że musimy jechać do Krakowa coś załatwić, to on o 3:15 podjeżdżał już autem, by 5:00 być już na miejscu – opowiada Paweł Grabowski.

– Ja nie jestem osobą, która łatwo się otwiera wobec innych i ciężko zdobyć u mnie zaufanie. Mati to jednak człowiek, który odebrał mnie w Poznaniu ze szpitala po zabiegu artroskopii kolana. Zadzwoniłem do niego z taką prośbą, nie musiał jej spełniać, ale to zrobił – wspomina Aleksandar Vuković. Inną życiową sytuację pamięta Kamil Sylwestrzak. – Ja już nie grałem w Koronie, a w Wiśle Płock. Miałem swoje wesele, na którym byli Bartek Kwiecień i Marcin Cebula, którzy wtedy występowali jeszcze w „Żółto-czerwonych”. Chłopaki nie mieli prawda jazdy, więc musieli wracać w dniu poprawin z moim kolegą i jedynym kierowcą, który jechał w ten dzień do Kielc. Zabawa na weselu była jednak tak dobra, że „Cebul” i „Kwiatek” postanowili zostać dzień dłużej. Wspólnie uznaliśmy, iż transport jakoś załatwimy. Dzień później w piątkę wracaliśmy do Płocka, z trasy dzwoniąc do „Rooneya” czy byłby w stanie odebrać stamtąd chłopaków. I przyjechał – opowiada „Małpa”. – Brutalna prawda jest taka, że Mateusz nie potrafił nam tej pomocy odmawiać. Często korzystaliśmy z jego wsparcia, zabierając mu wolny czas – przyznaje Zbyszek Małkowski.

Czas na trzeci, ale równie istotny, a dla niektórych nawet najważniejszy aspekt pracy Mateusza Bukłata w Koronie. Jeżeli w 2016 r. słynne stało się powiedzenie, że Sławomir Peszko jest Atmosferoviciem reprezentacji Polski to w Kielcach taka osoba była już wiele lat wcześniej. Kto choć raz oglądał koroniarski film z udziałem „Rooneya”, ten wie o czym mowa. – Nie grając w Koronie „Banda Świrów” kojarzyła się z trenerem Ojrzyńskim, charakternymi piłkarzami czy filmami Korona TV. Dopiero wchodząc do szatni zobaczyłem, jak ważną w niej postacią jest Mati, ile on daje klubowi. Od razu widziałem, że to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu – opowiada Przemek Trytko. – Sylwetka, trochę kwadratowa twarz, pozytywne podejście, zawsze potrafił coś powiedzieć i mieć też dystans do siebie – tym Mateusz „kupił” sobie chłopaków – dodaje Leszek Ojrzyński. – Był normalnym gościem, który od razu wpasował się do naszej bandy. Czuł się jak jeden z nas – dopowiada Maciej Korzym. – Ja jako najpierw piłkarz, a teraz trener, zawsze doceniałem ludzi, którzy znajdują się wokół drużyny. To bardzo istotne, by te osoby były pozytywnie nastawione, wpływając tym samym na dobry duch w szatni. Muszę przyznać, że „Rooneya” stawiam jako wzór w tej kwestii – mówi Aleksandar Vuković, jeszcze do niedawna trener Legii Warszawa.

W ostatnim czasie w Legii miałem przyjemność poznać osobę niezwykle istotną dla chemii i samopoczucia drużyny. Pełniła ona podobną funkcję, co „Rooney” w Koronie. Wpływ takich osób, wpływ Matiego na atmosferę w szatni był niebagatelny. To są rzeczy nieocenione.

Aleksandar vuković

Śmiesznych anegdot z Matim w roli głównej jest mnóstwo. Historie, które mieliście okazję oglądać na Korona TV to jedynie wycinek. – Do końca życia zapamiętam sytuację z pierwszego wyjazdu Matiego na mecz Korony. Graliśmy z Legią, mieliśmy hotel na Rembertowie. Każdy wziął już karty do pokoju, zdążył wejść do środka, ale okazało się, że Mateusz ma z tym problem. Chodził po nas i prosił o pomoc, mówiąc, że ma chyba zepsute drzwi, bo nie może ich otworzyć, łamie mu się klamka. Później już się wyrobił i wiedział, że aby otworzyć pokój, trzeba najpierw przeciągnąć kartę – wspomina Maciek Korzym.

– Już nie pamiętam dokładnie z kim graliśmy wtedy na wyjeździe – z Lechem lub Cracovią, ale to jest kultowa historia. Mateusz był lekko zagrzany i po kolejnej decyzji sędziego, z którą się nie zgadzał, postanowił, że osobiście wytłumaczy arbitrowi, że ten się myli. Problem w tym, że chciał zrobić to w trakcie meczu. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy zauważyliśmy, że Mati, przekraczając już kilka ładnych metrów linię boczną murawy, spokojnym krokiem idzie w stronę sędziego. Na szczęście zdołaliśmy go powstrzymać, niestety jednak drugą połowę obejrzał już w szatni – śmieje się Przemysław Trytko.

Nie zapomnę zagranicznych obozów w Turcji i na Cyprze. Zawsze mieliśmy tam do dyspozycji bardzo dobre hotele, wszystko all inclusive, świetna kuchnia, mnóstwo potraw – zaczyna Vuko. – Urocze było dla mnie to, jak właśnie na czas obozów Mati zawsze planował, że będzie się odchudzać. Przez dwa tygodnie chodził zły, wiecznie na głodzie, wspomagając się jedynie mało ciekawymi szejkami dietetycznymi. Ten okres tak go niszczył psychicznie, że pierwsze co robił po powrocie do Polski to szedł na kebaba. Nie muszę oczywiście mówić, że od tej pory o diecie znów można było zapomnieć. Tłumaczyłem mu, że odchudzać powinien się w Polsce, a nie w luksusowym hotelu, gdzie stoły uginają się od jedzenia i ma wszystko podane na tacy – opowiada Vuković.

– Tylko „Rooney” potrafił zrobić węża. Gdy popularny stawał się Gang Albanii to Mati był przecież jedynym i niepowtarzalnym sobowtórem Popka. Tylko on potrafił tańczyć jak Abdul Ihn Ah-Ersz – wspomina Kamil Sylwestrzak. Kwestie muzyczne to zresztą był konik Pana Bu. Muzyka na telefonie, przenośny głośnik, kliknięcie przycisku play w momencie przyjazdu na stadion drużyny Korony. – Jak autokar podjeżdżał to on już czuwał. To też było fajne, bo jak teraz miałem przyjemność pracować w Podbeskidziu to ta muzyka dopiero po 10-15 minutach rozbrzmiewała, a w przypadku Matiego od razu na wejściu czuło się ten klimat i zawsze sprężało to na mecz – mówi Zbyszek Małkowski.

10 lat w klubie to szmat czasu, zwłaszcza wykonując tak czasochłonną i jednak też mocno obciążającą fizycznie pracę. Nie dziwi więc, że Mati w końcu chciał spróbować czegoś nowego. Ostatnie trzy miesiące spędził jako analityk w sztabie trenera Macieja Bartoszka. Perspektywy zdawały się być dłuższe, jednak po przyjściu nowych władz zdecydowano, iż na ten moment w klubie, ze względów finansowych, nie ma możliwości utrzymać takiego stanowiska. W ten sposób, na kilka dni przed Nowym Rokiem, Mateusz Bukłat pożegnał się z rozdziałem, pt. „Korona Kielce”.

Każdy z rozmówców uwzględnionych w tym tekście podkreślał w rozmowach, iż „Rooney” też był jednym z architektów „Bandy Świrów”. Zresztą nie tylko tej ekipy, a także każdych kolejnych, które tworzyły się w Kielcach przez ostatnią dekadę. Można być pewnym, że gdyby nie on, atmosfera o której mówiono w całej Polsce, byłaby nieco gorsza. Nie zła, pewnie też dobra, ale jednak słabsza.

Z tego miejsca – w imieniu setek piłkarzy, których miałeś okazję „obsługiwać”, trenerów, współpracowników, pewnie też wielu kibiców – serdeczne dzięki za wkład włożony w budowanie Korony Kielce 2010-2020! Można być pewnym, że Twoje serce na zawsze zostanie żółto-czerwone, a prywatne kontakty, nawiązane w tym czasie z wieloma koroniarskimi postaciami, będą kontynuowane. Powodzenia na nowej, zawodowej drodze! Dziękujemy, Panie Bu!

Na sam koniec – niespodzianka dla wszystkich fanów Korony Kielce – druga część „Dnia z życia Korony Kielce na obozie w Turcji” z 2015 r. Jest dużo Matiego, słynny „Gruby wyścig”, wkrętka maserów, zagadki Wilmana i wiele, wiele innych. Prawdziwa moc Korony. Liczymy, że podobne czasy przed nami! Smacznego!

A dla Ciebie Mateusz jeszcze jedna niespodzianka. Zapis audio z wszystkimi rozmówcami, występującymi w powyższym materiale. Na pamiątkę! Warto odsłuchać.

Michał Siejak
Michał Siejak
Na pierwszym meczu Korony pojawiłem się w 1998 roku i od tej pory wszystko się zaczęło... Działalność medialną wokół klubu rozpocząłem w 2007 roku, kiedy to przez 4 lata współprowadziłem portale kibiców - KoronaKielce.net i MKS-Korona-Kielce.pl, działając jednocześnie w SKKK "Złocisto Krwiści". W latach 2011-2019 tworzyłem telewizję klubową Korona TV. Teraz koroniarsko udzielam się na kanale Siejo TV na YouTube, w audycji "To My Scyzory" w Weszło FM i na portalu bandaswirow.com. Zawodowo realizuję materiały wideo dla Canal + Sport i kilku innych projektów.

Ostatnie artykuły

Głos trybun: Kibicem się jest… A nie bywa

Mój wpis jest kulminacją ciężkiej atmosfery wokół Klubu, która doprowadziła do odejścia Trenera. Nie będę tu pisał ani od ilu lat chodzę...

Głos trybun: Korona ma łączyć, a nie dzielić

Widząc co się dzieje wokół mojego ukochanego Klubu, poczułem się zobligowany, żeby wyrazić swoje zdanie na temat ostatnich wydarzeń. Rzadko piszę teksty...

Trenerze Bartoszek – dziękujemy!

Maciej Bartoszek odchodzi z Korony Kielce. Odchodzi z niej, mimo iż tematu jego zwolnienia teoretycznie nie było. Zanim jednak o najbardziej kontrowersyjnej...

Odwaga, nie odważnik – stabilizacja mocą Korony

Korona Kielce wróciła z dalekiej podróży - tak najkrócej określiłbym ostatnie zamieszanie z plotkami dotyczącymi posady trenera Macieja Bartoszka. Przez ostatnie kilkadziesiąt...

Powiązane artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj