Jak Korona niszczyła złote pokolenie

W poniedziałek – wielka drama. Daniel Szelągowski odchodzi do Rakowa. Wczoraj – euforia. Iwo Kaczmarski zostaje w Koronie na dłużej. W ciągu 48 godzin jeden talent straciliśmy. Jeden został uratowany. Mieliśmy ostry pojazd po jednym piłkarzu i laury składane na drugim. A tak naprawdę te sytuacje nie różnią się niczym. Łączy je za to jeden wspólny mianownik – PATOLOGIA.

Patologia tocząca ten klub. Patologia, z którą walczy coraz więcej osób i coraz więcej otwiera oczy zdając sobie sprawę z tego, że tylko dokładne wypucowanie kieleckiej Stajni Augiasza z ludzi przypadkowych, wypalonych i skrajnie interesownych, może zepchnąć klub na dobre tory. Opowiem wam kilka przypowieści…

Obrazek pierwszy – późny Gino. Jeden z niezliczonych jesiennych treningów tamtej drużyny. Po ligowym meczu zespół jest nieco zdekompletowany, więc sprytny “Napoleon” wpada na pomysł jak poradzić sobie z brakami. Idzie do sztabu bardzo dobrze radzącej sobie w swoich rozgrywkach drużyny juniorskiej i pod pretekstem “dania szansy na trening z pierwszym zespołem”, prosi trenera owej drużyny, o wskazanie wyróżniających się zawodników. Trener Mierzwa myśli, analizuje i wybiera zawodnika X oraz piłkarza Y. To logiczne. Gracz X jest w znakomitej formie. Jeśli dostanie 10 minut w meczu ligowym, może pokazać swoje umiejętności, pomóc drużynie i zbudować się jako piłkarz. Zawodnik Y znakomicie natomiast wpisuje się w braki pierwszego zespołu. Uzupełni lukę, a jego wysoka forma gwarantuje, że nie da plamy. Trener Gino odbiera wskazówki. Rzuca na nie okiem i wybiera dwóch pierwszych z listy. Wracającego po kontuzji gracza Z i borykającego się z problemami zawodnika U.

Decyzja nielogiczna, nie? Poczekajcie będzie lepiej. Chłopaki Z i U przychodzą na trening. Jak przystało na najmłodszych noszą sprzęt. Trochę dziwnie wyglądają inne prośby, nieco z pogranicza usługiwania, ale chłopcy nie chcąc zmarnować szansy wykonują wszystkie polecenia. Przychodzi czas ćwiczeń. Trener Gino ma nieparzystą liczbę zawodników, więc poleca piłkarzowi Z (świeżo po kontuzji) wielokrotne wykonywanie tych samych ćwiczeń. Oczywiście na odkręconym na full gazie, bo każdy z jego partnerów musi trenować na pełnych obrotach. Po treningu piłkarz jest zajechany. Nie ma szans się odbudować. Nie jedzie na mecz z pierwszą drużyną, bo trener Gino po użyciu wyrzuca go do kosza jak niepotrzebnego śmiecia. Nie pojedzie też ze swoim zespołem – przecież jest zajechany. Na kolejny trening z “jedynką” już się nie godzi. Chce się odbudować fizycznie – nie tylko być workiem treningowym. W odpowiedzi słyszy, że jest arogancki. Zarząd wypycha go z klubu. W końcu idzie na karne wypożyczenie.

Obrazek drugi. Trener pierwszego zespołu jest pod ogniem krytyki. Jego ekipa gra bardzo przeciętnie, mimo że zostały spełnione niemal wszystkie jego zachcianki, a ściągani na kilogramy zawodnicy z zagranicy, zarabiają ciężkie pieniądze. Tymczasem gra zespołu juniorów zachwyca. Zewsząd da się słyszeć coraz to mocniejsze głosy o potrzebie dania szansy młodzieży, tym bardziej że pierwszy garnitur zapewnił już sobie utrzymanie. “Napoleon” jest wściekły. Musi się ugiąć, więc znów urządza losowanie i wyciąga przypadkowe nazwiska z zespołu juniorów. Jednocześnie chłopcy jadą na ekstraklasę, tylko po to by posiedzieć na ławce i nosić sprzęt. Tymczasem osłabiona drużyna juniorów daje sobie radę i mimo cotygodniowej rotacji składem, wygrywa kolejne mecze. Młodzi “wybrańcy” trenera tracą czas, dzień meczowy, rytm i tylko się frustrują. W końcu jeden z nich otrzymuje szansę. Gino, byle tylko udowodnić swoje tezy, wypuszcza go w najtrudniejszym możliwym momencie, z najbardziej niewygodnym psychicznie rywalem. Chłopak się spala. Korona przegrywa wysoko.

Niemal od początku, od kiedy okazało się jak dobre pokolenie spadło żółto-czerwonym z nieba, aż do bujania się klubu na krawędzi, w młodych zawodnikach jest palona wiara we własne umiejętności. Od kolejnych decyzyjnych słyszą, że są za słabi, nie dość dobrze zbudowani, nie dość wytrzymali, nie dość dojrzali. To wszystko kłamstwa, które widać gołym okiem, bo niemal w tym samym czasie wybrańcy gabinetów, którzy przy poniżaniu młodzieży powinni wyrastać niemal na herosów, regularnie zbierają oklep od każdej ekipy, z którą przychodzi im grać. Podczas gdy chłopcy, których złoci juniorzy zostawili daleko w tyle w rozgrywkach CLJ, kolekcjonują ekstraklasowe doświadczenie, oni muszą kopać się w IV lidze i słuchać jak wiele im brakuje, by posadzić Gnijaticia czy Pućke na ławce. Zmienia się trener – nie zmienia się retoryka. Młodzi leją kogo się da, tyle że już nie w IV, a w III lidze. W tym samym czasie stranieri dostają wpierdol za wpierdolem w ekstraklasie. Klub jest na wykończeniu, więc prezesi przyparci do muru znowu zmieniają szkoleniowca. Ten w końcowej fazie kampanii w końcu wyciąga z szafy talenty i… okazuje się, że ci młodzi chłopcy są rzeczywiście na innym poziomie niż Gnijatic i Pućko. Zdecydowanie wyższym. Tylko dzięki niechcianemu Bartoszkowi, możemy w końcu przekonać się, że zakopaliśmy diamenty za stodołą.

Obrazek trzeci. Zawodnik V zagrał kilka naprawdę fajnych spotkań. Wygląda autentycznie dobrze na tle starych wyjadaczy, mimo że ma jeszcze naście lat. Zawodnikowi kończy się kontrakt. Jego nazwisko jest zapisane w notesach naprawdę sporych klubów, a te mniejsze – ale będące potęgami na lokalnym podwórku, wręcz zaczynają kusić ofertami. Teraz zmieńmy optykę i stańmy się na chwilę zawodnikiem V. Mimo tego wszystkiego co przeżyłeś i zobaczyłeś, chcesz tutaj zostać. To jest twój dom, tutaj chodzisz do szkoły, masz przyjaciół, rodzinę i czujesz że możesz pomóc temu klubowi, jednocześnie zapewniając sobie rozwój. Zarabiasz naprawdę mizernie – i to nawet nie patrząc na standardy dużego klubu. Poświęcając sporo czasu, zdrowia i przyszłości (kosztem szkoły) czujesz, że należy ci się godziwa zapłata. Zarabiasz zaledwie kilka stówek. Liczysz. “Zawodnik B gra całe życie w rezerwach i ma 4000 zł, gracz L nawet nie łapie się na ławkę w tychże, a ma niecałe 3000 zł. Z drugiej strony są koledzy, którzy grając na tym poziomie dostają 1700 zł, albo wręcz nie oglądają ani złotówki. Grają bo lubią.” Kalkulujesz swoje położenie. Czujesz, że nie przeginasz prosząc o zaledwie kilka tysięcy – tak żeby nie odstawać od kontraktów w rezerwach. To przecież nawet nie przystoi młodemu talentowi. Jednocześnie pamiętasz też, że zawodnicy z zagranicy, którzy swoje niebanalne umiejętności prezentowali tylko w rezerwach, kasy mieli kilka razy tyle. Idziesz więc i przedstawiasz swoją ofertę. Zamiast zrozumienia i negocjacji zostajesz wyśmiany i implikuje ci się, że sodówka uderzyła ci do głowy. Wychodzisz z klubu przybity i poniżony.

Obrazek czwarty – opieka medyczna. Junior, zawodnik T. Gracz o wielkich możliwościach, taśmowo zamykanych przez opiekunów. Rzucany po pozycjach jako zapchajdziura, niezrozumiany, nie wspierany. Pewnego dnia łapie kontuzje. Zawodnik T, dobrze wie, że jako młody piłkarz nie może liczyć na sympatię i zostanie dosłownie potraktowany z buta w klubowym gabinecie – jak to już niejednokrotnie bywało. Nie ma jednak wyjścia, więc puka do drzwi medyków. Diagnoza – złamanie obojczyka. Zawodnik T. dostaje zalecenie pancerza gipsowego, ale on i jego menager mają poważne wątpliwości co do słuszności tej metody. Piłkarz inwestuje własne pieniądze i wybiera się na dodatkową konsultację. Obawy okazują się słuszne. Nic dziwnego, bo klubowe zalecenie nie pierwszy raz, było wystawione na „odczep się”. Gips nie tylko by nie pomógł, ale wpędziłby zawodnika w długi powrót do zdrowia. W prywatnym gabinecie T. dostaje specjalną ortezę, która skraca czas leczenia i pozwala na szybszy powrót na boisko. Zawodnika czeka jeszcze rehabilitacja w klubie, ale po powrocie czeka go również przykra niespodzianka. Nie jest tam mile widziany. Na dodatek słyszy, że skoro wybrał prywatną drogę leczenia, to musi się jej teraz trzymać. Niemalże jednocześnie w klubie terminuje zagraniczny zawodnik. Piłkarz z poważną kontuzją, bez wykupionego przez własne gapiostwo ubezpieczenia, dostaje kontrakt na kilkadziesiąt tysięcy złotych i pełen pakiet opieki medycznej. Gra w pierwszym zespole zaledwie dwa razy, a w czasie pandemii jest jednym z najgłośniej protestujących przy obniżkach wynagrodzeń. Na koniec z pełną kieszenią opuszcza klub. Tymczasem T. niemal wyrzucony z klubu nie rezygnuje i walczy. Po jakimś czasie wyciągnięty z niebytu, robi furorę w pierwszym zespole i jest na ustach wszystkich. 

Te historie to przykłady, które można mnożyć. Historie o piłkarzach spychanych na margines, bo nie mają menagera z którym kumpluje się ktoś decyzyjny. Piłkarzach niedocenianych słowem, szansą i finansami. Piłkarzach, którzy sami dbają o sprawy, które powinien załatwiać klub. W szkole, czy u lekarza. Sadzanych na ławkę czy trybuny w formie kary. Piłkarzach obserwujących jak wyrzuceniem z klubu dziękowano ludziom, którzy w nich uwierzyli i ich zbudowali. Piłkarzach szantażowanych i straszonych. Piłkarzach, którym tłamsi się potencjał. I dziś, tych zawodników, którzy mimo wszelkich starań klubu, żeby ich zniszczyć – rozkwitli, bezpardonowo się ocenia. Ocenia się słuszność podejmowanych decyzji. Dywaguje się czy X powinien zostać, czy nie powinien. Czy Y ma dług do spłacenia wobec Korony, czy może jednak nie. Czy T w Kielcach powinien trzymać się do końca, bo przecież tutaj się wychował. Czy V powinien myśleć o Koronie, a nie o sobie. O tej Koronie, która rzadko myślała o nim. 

Obaj – Szelągowski i Kaczmarski, podjęli dobre decyzje. Rozpatrzone w swoim sumieniu i na bazie swoich przeżyć. Nie mamy moralnego prawa oceniać tych decyzji, a na pewno nie mamy prawa mieć o nie pretensji. I jeśli ktoś powinien spłacać długi i dziękować, to bardziej kibice, że mimo wszystko w tych ciemnych czasach dostajemy takie promyczki nadziei. Powinniśmy na nie chuchać i dmuchać, bo inaczej – jak Szelągowski – wyfruną. A sprawy przeze mnie przytoczone, to niestety wierzchołek bardzo głęboko sięgającej góry. I nasza w tym głowa jak tę górę wysadzimy. Bo albo my wysadzimy ją, albo prędzej czy później ona zgniecie resztę tego, co zostało z Korony.

Mateusz Żelazny
Mateusz Żelazny
Niektórzy znają tylko mój głos, inni kojarzą mnie z wizji. Każdy jednak wie, że mam żółto-czerwone serce. Od prawie dekady komentuję mecze Korony na antenie radia eM. Od 2017 roku ponownie pracuję w Telewizji Polskiej, gdzie poza innymi obowiązkami, mówię o Koronie i współtworzę Magazyn Sportowy. Kiedyś pisałem dla Przeglądu Sportowego - dziś, ku rozpaczy niektórych, piszę głównie na Twitterze oraz od niedawna tutaj. Poza tym piłkę znam na wylot. Zwiedziłem większość boisk i stadionów regionu jako zawodnik i sędzia.

Ostatnie artykuły

Szkoda, że tak późno! Krzysztof Zając nie jest prezesem Korony!

Stało się, to co stać się musiało! Krzysztof Zając nie jest już prezesem Korony Kielce! Jest to konsekwencja czwartkowego przejęcia klubu przez...

W czwartek Korona będzie w rękach miasta. Prezydent Wenta wytypował niespodziewanego prezesa

Wydaje się, że Korona Kielce już za chwileczkę, już za momencik będzie w rękach miasta. W czwartek nastąpi oficjalne podpisanie umowy sprzedaży...

Mecz Pucharu Polski z Arką przełożony, ale Korona już trenuje

Sytuacja epidemiczna w Koronie Kielce powoli wraca do normalności. W środę drużyna wznowiła treningi po 10-dniowej kwarantannie. Z oczywistych względów nie odbędzie...

We wtorek to już na pewno… Będzie kibic zadowolony

To, co miało wydarzyć się w środę, stanie się w przyszły wtorek - takie zapewnienia płyną do nas z kieleckiego ratusza. To...

Powiązane artykuły

1 KOMENTARZ

  1. Naprawdę tak trudno napisać z nazwiskami? Czy boisz się, że Twoja wiedza insidera może podlegać weryfikacji i nie wszystko się zgodzi?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj